g�ry
 
 
piątek, 10 Wrz 2010
 
 
Ks. Marcin Kuperski – w góry pojechałem pierwszy raz jako kapłan
Ks. Marcin jest Referentem od spraw powołań w Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej. Święcenia kapłańskie przyjął w roku 2004. W wywiadzie wspomina, że góry odgrywają olbrzymią rolę w jego posłudze kapłańskiej. Zapalony Alpinista, który ciągnie w góry młodzież po to aby uczyli się patrzenia na życie inaczej. Zapraszamy do wywiadu z Księdzem Marcinem Kuperskim.




 
Co najbardziej pociąga Księdza w górach? Co jest w nich urzekające?


Wiesz co myślę, że wysokość. To znaczy perspektywa tego, że wychodzisz trochę wyżej, że jesteś trochę bliżej nieba. Jako osoba, która gdzieś tam dotyka Pana Boga, to dla mnie zawsze jest taki pryzmat, że trochę bliżej tego nieba, że trochę bliżej Boga. Pełna przestrzeń, którą ci dają góry, perspektywa wolności, że możesz po jakimś trudzie i po jakimś takim zmęczeniu, pokonywaniu siebie, wejść na szczyt, usiąść sobie, popatrzeć na to, co przeszedłeś i powiedzieć sobie, kurcze, wdrapałem się tutaj. Taka satysfakcja też z tego, że patrzysz w dół na coś, co już przeszedłeś, że udało ci się wejść na to coś, co widziałeś gdzieś tam z dołu. Gdzieś tam widziałeś ten szczyt i mówisz sobie: kurcze, jak to daleko. Potem, siedzisz na tym szczycie i patrzysz w dół i mówisz: kurcze, niedawno tam byłem. Pokonywanie tych wysokości, tych przestrzeni, to daje człowiekowi chęć pokonywania siebie, i chęć sprawdzania siebie. Czasami szukam pewnego spokoju, wolności, przestrzeni. Wtedy mogę sobie tam wejść wyżej. Mam też takie doświadczenie, że jak się nawet mija ludzi wyżej, coraz wyżej, to są to jakby ludzie bardziej na siebie wyczuleni. Na dole nie zawsze każdy mówi sobie dzień dobry, cześć. Natomiast tam na szczytach to każdy praktycznie. To też pokazuje, że im bliżej, im wyżej tego nieba i tego szczytu, to ludzie bardziej na siebie zwracają uwagę, są bardziej otwarci, życzliwi, tacy czują się jakby coś ich bardzo połączyło. Góry są dla mnie taką przestrzenią gdzie po pierwsze sprawdzam siebie. Gdzie też siebie jakoś tam formuję i kształtuję. Po drugie mam tą przestrzeń, żeby dotknąć Pana Boga, gdzie w tej codzienności, Go czasami gubię. A trzecie, spotykam takich ludzi, którzy naprawdę mają coś podobnego jak ja. W swoich oczach, w swoim spojrzeniu, w swoim geście, słowie. Są podobni bardzo do mnie w tej swojej pasji. Dlatego w górach czuję się dobrze.


Zdobył Ksiądz pewnie niejednokrotnie najwyższy szczyt Polski. Zdobyty został także najwyższy szczyt Europy! Czy są jakieś plany na przyszłość?


Tak, są. [śmiech] W ogóle jak wszedłem kiedyś na pierwszy szczyt Polski, a wszedłem ponieważ w tym samym roku mój proboszcz miał wypadek, w styczniu i on mnie wprowadził tak naprawdę w góry. Kiedyś po raz pierwszy zawiózł mnie w Tatry, właśnie na Morskie Oko, Czarny Staw. Przeszliśmy zimą po zamarzniętym Morskim Oku i Czarnym Stawie. Pod koniec stycznia miał wypadek. Myślałem sobie, że mieliśmy wejść na Rysy, no ale zima, więc było bardzo trudno. Nie mieliśmy w ogóle sprzętu, „z motyką na księżyc”. Pomyślałem sobie, że latem na wakacje pojadę sam na Rysy, wejdę jak już nie będzie śniegu i odprawię tam za niego Mszę Świętą. I rzeczywiście to było pierwsze moje wejście na Rysy, samotne, z samego rana. Wszedłem na Rysy, odprawiłem Mszę Świętą tam. Mało pamiętam z tej Mszy Świętej. Byłem tak zmęczony i padnięty, że nawet nie pamiętam, czy wszystko już tam odprawiłem. Natomiast zszedłem i byłem bardzo szczęśliwy. Później kolejne wejście też było latem - samotne. Później wprowadziłem studentów. Miałem kilka takich wejść. Później udało mi się wejść zimą z moim kolegą, jak były śniegi i to też dało nową satysfakcję. I później pomyślałem sobie, że jak już mam najwyższy szczyt Polski, to miło byłoby zdobyć najwyższy szczyt Europy. Wszedłem na ten Mount Blanc, ale potem się okazało, że niektórzy mówią, że też jest Elbrus najwyższym szczytem. No więc o Elbrusie gdzieś też tam myślę. Natomiast plany dalekosiężne mam takie, że chciałbym wejść na Aconcaguę w Andach z tego względu, że jest to siedmiotysięcznik. A chciałbym w przyszłości pojechać w Himalaje, żeby zdobyć ten najwyższy szczyt. Żeby zobaczyć też, jak zachowuje się mój organizm, jak ja zachowuję się z moją kondycją na wysokościach. To siedem tysięcy to jest taka granica zanim, długo dotknę i zacznę myśleć o ośmiotysięcznikach. To jest Aconcagua, później dalej, dalej gdzieś tam myślałem o Annapurnie I, tej pierwszej i no Mont Everest daleko, daleko gdzieś tam w moich marzeniach jest. To takie są plany.




 
Jakie związki ma dla Księdza zdobywanie szczytów z kapłaństwem?

Spore. Bardzo spore. Tak jak powiedziałem, mój pierwszy kontakt z górami dokonał się też przez księdza, więc też przez jakoś, przez kapłaństwo. Pierwszy szczyt, który w ogóle zdobyłem w Tatrach, to właśnie Rysy i z tą Mszą Świętą. Więc dla mnie góry to, to jest moje miejsce kapłańskie, tam, gdzie ja po prostu odpoczywam, nabieram siły i wracam z powrotem. Jak pracowałem na parafii to góry, były dla mnie taką przestrzenią gdzie wracałem, nabierałem trochę takiego ducha, tej relacji z Bogiem sam na sam, później mogłem wrócić do ludzi z czymś nowym. Ja zacząłem jeździć w góry, dopiero gdy zostałem księdzem, bo tam była dla mnie przestrzeń taka typowo Boża - że tak powiem. I dla mnie góry i kapłaństwo to takie osobiste doświadczenie, gdzie ja mogę w tej swojej pasji i w tym swoim kapłaństwie dotykać Pana Boga i być z Nim tam w takich właśnie momentach bardzo takich tylko moich. To nie znaczy, że tu już w kapłaństwie Pana Boga nie ma przy posługiwaniu, On jest, natomiast tam jestem tylko ja sam z tym, co mi Pan Bóg dał. Jestem bliżej Niego, zdobywałem te szczyty, pokonując też siebie i dla mnie góry to jest ten czas, kiedy ja przeglądam własne kapłaństwo, kiedy nie tylko odpoczywam, ale nabieram nowej siły do tego, żeby wrócić z powrotem jako ksiądz i dalej działać.


 
Czy Ksiądz sprawuje liturgię na szlakach? Czy może Ksiądz opisać doświadczenie modlitwy, Mszy św. sprawowanej w górach?

Pewnie, no to moje pierwsze postanowienie, to właśnie Msza Święta na Rysach, dała taki początek tego całego klimatu chodzenia po górach. Że ten Bóg był bardzo mocno obecny również w sakramencie. Kiedy później zacząłem trochę tam ciągnąć młodzież i później studentów, no to koniecznie Msza Święta w górach. Później poszliśmy dalej, po Mszy Świętej mój parafianin zrobił mi drewnianą monstrancję, mieliśmy adorację półgodzinną. Jeden ze studentów wpakował się z gitarą na szczyt po to, żeby tam zagrać na Mszy Świętej i na adoracji, więc jak tylko jest możliwość i jest też taka przestrzeń i ludzie, którzy mi towarzyszą też mają takie podobne pragnienie, to Msza Święta sprawia nam ogromną radość. I mam potrzebę też odprawienia jej w górach. Bo jak się odprawia to na szczytach, pod błękitem nieba, z pewnym doświadczeniem, drogi, którą żeśmy przeszli, trudu, który pokonaliśmy, to ta Msza Święta nabiera innego blasku. Ta Msza Święta nabiera takiej wartości, że po pierwsze bliżej nieba, po drugie wdrapaliśmy się między innymi właśnie po to, żeby tu w tym miejscu odprawić Mszę Świętą, żeby dotknąć tego Pana Boga, żeby jakoś tam się z Nim spotkać. I ta Msza Święta jest ogromną potrzebą moją jako kapłana, ale również i tych ludzi młodych, którzy też mi towarzyszą, którzy mają jakieś tam klimaty i też wiarę, no oni też potrzebują tej Mszy Świętej. Czasami mówią, proszę księdza, będzie Msza Święta w górach? Tak będzie. To jadę. Więc bardzo też potrzebują życia Eucharystii, nie tylko w kościele. Chcą doświadczenia Mszy Świętej nie w ogóle w jakimś takim mało obojętnym miejscu, ale właśnie w górach. Bo dla wielu z nich, dla wielu ludzi, góry to trochę taka mistyka. Czyli taka przestrzeń, gdzie można dotknąć Stwórcę. I dla nich Msza Święta w namacalnym klimacie, gdzie ten Stwórca, no widać Go gołym okiem, że tak mogę powiedzieć, Jego dzieło. Tam Msza Święta nabiera innej wartości. Owszem, to jest ten sam Jezus, to jest ta sama Eucharystia, natomiast przestrzeń sprawia, że ta Msza Święta jest przeżywana inaczej trochę.

Czasem ksiądz wędruje po górach sam. Po co Księdzu taka „samotność”?


Potrzebna mi jest bardzo. Po pierwsze, żeby przeżywać swoją samotność dobrze, żeby moja samotność nie była, nie wiem, smutna, tragiczna, jakimś osamotnieniem, ponieważ w tym, że jestem sam w tych górach, wyrywam się od tych relacji takich typowo ludzkich, takich no „żywych”, że teraz z kimś nie rozmawiam, z kimś teraz nie jestem. To ja mogę tą swoją relację, potrzebę relacji osobistej z kimś drugim trochę wzmocnić, moją relację do Boga, który mi towarzyszy. I sobie mówię, że to jest samotne wędrowanie po górach, ale to tak naprawdę nie jest samotne wędrowanie. Bo potrzebę relacji mam zawsze z drugą osobą i taką potrzebę każdy z nas nosi. Natomiast nie zawsze poświęcam tyle czasu Pan Bogu. W spotkaniach z ludźmi, Pan Bóg się pokazuje, przewija, On towarzyszy, w Nim jesteśmy, w Nim się poruszamy, natomiast tak bezinteresownie, żeby z tym Panem Bogiem pobyć to potrzebne mi właśnie takie momenty, kiedy jestem z Nim sam na sam. Bo czasami, jak pracowałem na parafii, to dla mnie Pan Bóg był taki: idę do szkoły, proszę Go, żeby mi pomógł. Idę sprawować sakramenty, to Panie Boże no, pomóż mi, otwórz moje serce, żeby było dobre dla tych. Więc dużo jest takiej trochę interesowności mimo wszystko w relacji z Panem Bogiem. Natomiast jestem w górach, odpoczywam tam od wszystkiego, idę sobie sam i mam relację z Panem Bogiem taką mniej interesowną. Idę sobie, i mówię, o dzięki Ci Boże ten szczycik Ci się udał. Albo idę i patrzę na błękit, mówię ten kolor jest niezły. I dziękuję Panu Bogu za to, co mnie cieszy i ta relacja jest taka bardziej spontaniczna myślę mniej interesowna. Potrzebna jest mi taka samotność, żebym też się poskładał czasami po różnych trudnych momentach, żebym trochę sam z sobą pobył, bardziej się sobie przyjrzał, moim relacjom z Bogiem, moim relacjom z ludźmi, moim relacjom z samym sobą, żeby pewne rzeczy sobie uporządkował i poukładał na nowo. Do tego ta „samotność” jest mi potrzebna, takie wychodzenie samemu w góry po to, żeby spotkać Boga, pozbierać trochę też siebie, żeby wrócić do ludzi z jeszcze większą potrzebą bycia z nimi.

Na wielu szczytach umieszczono krzyż. Co mają góry z Ewangelii?

No dużo. Wiele ważnych momentów dokonało się na szczytach gór. W Starym Testamencie, w Nowym Testamencie. A żeby Golgota - też jakaś góra, Tabor. To są takie szczególne momenty, kiedy mówiono o tym, że Jezus wychodził na górę, po to żeby się osobno modlić. Ten szczyt, jak się usiądzie, to dla ciebie jest to świadomość, że nad tobą jest już tylko same niebo. Nie przeszkadzają ci już żadne krzaki, żadne budynki, jakieś kamienie, skały. Natomiast tylko niebo i taka przestrzeń, w której ten Pan Bóg no możesz Go jakoś tak ogarnąć. I krzyż, który pojawia się na szczytach gór bardzo mocno mi przypomina, zwłaszcza w Tatrach, kiedy nie wiem, wchodzę nie tylko na Giewont, ale na Grzesia na przykład, że po co jest ten szczyt. Żeby właśnie połączyć to, co jest w poziomie i to, co jest w pionie. Znaczy połączyć to co jest moje takie ludzkie z tym, co jest boskie, co pochodzi z nieba, co z góry spada. Co z góry jest mi dawane. Jak usiądę sobie na szczycie i zjem sobie jakąś tę kanapkę, i wypiję sobie coś, już trochę odpocznę, to zaczynam myśleć, że to jest miejsce, gdzie mogę teraz sobie usiąść, tak sobie posiedzieć, popatrzeć w niebo i ta obecność w Panu Bogu jest taka już bez tych wszystkich przeszkód. Bez tych wszystkich krzaków i tych innych rzeczy.


Gdyby Jezus był człowiekiem żyjącym w naszych czasach, czy chodziłby po górach?

Pewnie! [śmiech] Bez dwóch zdań, jak chodził nawet po Ziemi Świętej, nie w naszych czasach, to też chodził po tych swoich górach, tam jak tylko miał możliwość. Góra błogosławieństw, góra przemienienia gdzie pokazał Apostołom wybranym coś wyjątkowego i szczególnego, Golgota, gdzie pokazał swoją miłość do końca. Myślę, że w dzisiejszych czasach, jakby był, to by łaził po naszych Tatrach, na bank. [śmiech] Na bank!

Po co zabiera ksiądz innych w góry? Np. przykład młodzież. Czy chce Ksiądz ich czegoś nauczyć?

Tak! Chcę ich nauczyć tego, czego sam się nauczyłem. Chcę ich nauczyć pokonywania siebie. Chcę im pokazać, że ludzkie możliwości zawsze są większe. Że zawsze mogą pokonywać własną słabość, tą fizyczną, ale żeby z tej fizycznej oni też nawiązywali do tej duchowej. Chcę im pokazać, uwrażliwić na to, że Bóg w swojej naturze jest niesamowity, to co stworzył. Żeby na to piękno, które ich otacza, mogli spojrzeć inaczej. Chcę im pokazać, żeby jak usiądą na szczycie i popatrzyli w dół, na tych małych ludków, na te domki, jakieś miasteczka tam na horyzontach, to trochę sobie pomyśleli, jak ten Pan Bóg jest niesamowity i wielki. Że On patrzy z góry, że jest blisko nas, blisko nam towarzyszy przy każdym z nas jest Anioł Stróż i te wszystkie klimaty Jego bliskiej obecności. Żeby oni mieli tą świadomość, że zawsze może być coś wyżej i inna perspektywa patrzenia. Że świat z góry wygląda zupełnie inaczej, że świat może wyglądać inaczej. Żeby też rozszerzały się ich horyzonty myślenia, że nie zawsze ich położenie i sposób myślenia jest, prawdziwy, wyjątkowy i wszystkie inne są złe. Żeby wchodząc na szczyty, pokonując pewną drogę, trudząc się, też umieli docenić czasami wysiłki swoje, ale też wysiłki drugich ludzi, których spotykają, których mijają. Żeby mieli też wrażliwość na to, żeby w czasie drogi pomagać komuś, bo sami potrzebują czasami tej pomocy. Czasami któremuś zabraknie wody, czasami ktoś tam, nie wiem jest głodny, nie ma batoników to ktoś go poczęstuje. Wrażliwość taka ludzka tam jest bardzo potrzebna. Też, widzę, jak oni funkcjonują, jak zaczynają się denerwować, jak się wkurzają, jak są na siebie źli. Poznają też siebie w takich warunkach. Im czasami trudniej, tym lepiej. Pamiętam taki moment, kiedyś jak żeśmy się trudzili wchodząc na Giewont, młodzież była pierwszy raz, oczy wielkie, wysiłek, nagle burza, deszcz, wszyscy mokrzy i jeszcze ktoś tam walnął, to może jeszcze by jakiś piorun by tu walnął. I walnął piorun trochę dalej! Więc to też pokazuje im, że wszelki trud, który ich spotyka czasami, to może jeszcze nie jest ten największy trud, że może być jeszcze gorzej czasami! Więc dużo się uczą w górach. Zabieram ich po to, żeby tam uczyli się trochę życia, żeby trochę zatęsknili może za domem, trochę zatęsknili za relacjami międzyludzkimi, takimi prawdziwymi, szczerymi, bo tam w górach się tego też uczą. Ale żeby przede wszystkim byli bardziej uczuleni na obecność Boga. Czy to właśnie przez to, jak oglądają to, co stworzył, czy przez wspólną naszą modlitwę, czy przez sprawowanie sakramentów w górach. Uczą się tej wrażliwości. Rozpoznają Boga obecność.




Dziękuję.

Na zdrowie. [śmiech]

 

Komentarze (1)Add Comment
0
...
Napisane przez Zofia, marca 18, 2010
NO to w gory mily braciel

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy
 
 
| góry | Teatr Cigacice |