"Zwłoki 26-letniego turysty z Wrocławia znaleziono dzisiaj w okolicach Zawratu" – taka tragiczna informacja dociera do nas w czasie podejścia pod Przełęcz Świnicką. Nim zdążyłem zastanowić się nad możliwymi przyczynami tego wydarzenia, zdążyłem odebrać kilka telefonów i smsów z pytaniami, czy u nas wszystko w porządku – troska rodziny i przyjaciół była spowodowana tym, że też jesteśmy z Wrocławia i w podobnym wieku…
Deszcz pada nieprzerwanie od rana, z każdą chwilą gęstnieje też mgła, znacznie ograniczająca widoczność na szlaku. Decyzją wszystkich członków grupy, dzisiejszą wyprawę kończymy na przełęczy i przemoknięci wracamy do Murowańca, by jak najszybciej zostawić mokre ciuchy przy słynnej gorącej ścianie, przy której kurtka schnie w piętnaście minut.
Leżę na piętrowym łóżku w Betlejemce. Jest idealna cisza – do tego stopnia, że nie słychać nawet odgłosu padającego od wczoraj deszczu. Gdyby jednak wstać i wyjrzeć przez okno, naszym oczom ujawni się jakże częsty widok w Tatrach – rzęsista ulewa i wszechogarniająca wszystko mgła. Nie widać nawet turystów, idących do lub z Murowańca, słychać tylko ich głosy. Odwracam następną kartę czytanej kolejny raz książki Wawrzyńca Żuławskiego i chyba tylko jej lektura może osłodzić choć na chwilę gorycz całodniowej ulewy za oknem.
W Murowańcu chłopak z gitarą zadbał o element integracyjny – gdy samotnie zaczynał śpiewać pierwszą piosenkę dzisiejszego wieczoru, chyba nikt się nie spodziewał, że ostatnią – będzie już śpiewać niemal cała sala. Oto mamy więc atmosferę przypominającą imieniny cioci lub wesele Boryny. Nie przeszkadza mi to, a wręcz przeciwnie – sam mruczę pod nosem kolejne nieśmiertelne szlagiery i widzę, że robią tak nawet osoby siedzące w znacznej odległości od stolika muzycznego. W efekcie mamy więc szanty, śpiewane przez połowę mieszkańców schroniska górskiego. Przyleciały też do nas Bieszczadzkie Anioły, które tym razem chyba miały ochotę na wędrówkę w Tatrach i sprawiły, że jedna ze starszych pań, siedzących obok naszego stolika, ociera łzy przy dźwiękach tej piosenki. Pewnie przypomniała sobie jakieś emocjonalne wydarzenie sprzed lat…
Na taki dzień czeka się czasami miesiąc – chyba nikt nie może do końca uwierzyć, że oto na niebie mamy prawdziwą lampę. Przy śniadaniu w schroniskowej jadalni można jednak usłyszeć, że to tylko dekoracja dla ekipy programu Dzień dobry TVN, nagrywającej swój program koło Murowańca… Na tarasie ucinam krótką pogawędkę z Kamilem ze schroniskowej recepcji. Jak mnie informuje, w maju był tutaj tylko jeden dzień z takim słońcem… Taką okazję trzeba więc łapać pełnymi garściami. Przed nami wielkie wydarzenie – wpis do księgi wyjść taternickich i planowana pierwsza prawdziwa wspinaczka w Tatrach – droga Stanisławskiego na zachodniej ścianie Kościelca. Aż trudno uwierzyć, że autor tej drogi, mając tyle lat, co my, już nie żył… Pod ścianą okazuje się, że warunki jednak nie pozwolą nam na atakowanie tej drogi – decydujemy się na inną – Lobby instruktorskie. Od początku towarzyszyły nam wielkie emocje, gdyż dla naszej trójki było to pierwsze w życiu tatrzańskie wspinanie. Pewnego dnia, po kursie wspinaczki skalnej stwierdziliśmy, że warto spróbować czegoś więcej niż Jura czy Sokoliki, choć tam też jest jeszcze sporo do zrobienia. Uczuć, towarzyszących nam przy prowadzeniu pierwszych w życiu wyciągów w Tatrach, nie sposób opisać. To wydarzenie, w moim mniemaniu, przygniatające wszystkie dotychczasowe górskie wrażenia. To jakaś chwilowa ekstaza, oderwanie od ziemskiej świadomości; przekonanie, że oto dotykamy tych samych chwytów, z których kilkadziesiąt lat temu, korzystali nasi wspinaczkowi idole. Jak pisał filozof Tatarkiewicz, człowiek nie jest w stanie osiągnąć pełni szczęścia – są tylko szczęśliwe chwile. Gdyby jednak te chwile się zbuntowały i zamieniły w godziny, miesiące, lata…
Czas wracać. Sprzed wejścia do schroniska niesie się pieśń i dźwięki gitary:
"Chyba już można iść spać,
dziś pewnie nic się nie zdarzy.
Chyba już można się położyć,
marzeń na jutro trzeba namarzyć…"