
To była naprawdę świetna wyprawa! Jakoś 7 lat temu pojechałem pierwszy raz z ekipą na kilka dni w Tatry i git było – jakieś śniegi, zaspy i zjeżdżanie na kurtkach czy workach. Dobra zabawa. Giewont zdobyliśmy nawet. Wciąż jednak chodziły mi po głowie jakieś bliżej niezidentyfikowane nazwy jak jakieś zawraty, perci, granaty, świnice i krzyznice czy coś. O co w ogóle chodzi?! Kolesi moi takim żargonem rzucali a ja ciemny jak tabaka w rogu ale na mapach to fajnie wyglądało i w głowie kiełkowało.
No i wyszło że jedziemy w sierpniu 2010 Maciek, Paweł i ja czyli Piotrek. Po interesującej podróży z Zielonki dotarliśmy do Zakopca gdzie czekał na nas Paweł a tam jeszcze lekkie śniadanko i zakupy – jak się dowiedziałem Power Ride to podstawa więc zaopatrzyłem się w takowy co by ocenić no i chleby jeszcze wzięliśmy ale tylko dwa bo ‘w schroniskach ponoć można kupić’ – i jak się okazało że to prawda można ale za 10zł ku ‘uciesze’ Rogala (Maciek) chleba sponsora.
Do Kuźnic minibusem dojechaliśmy i zaczęło się … przebieranie a bo to lekko pada a bo to już las wiec nie pada a bo to ciepło. Chyba jakoś 4 razy się przebieraliśmy na dystansie 400 metrów ku uciesze turystów z Francji którzy co rusz to nas walczących z ciuchami - warstwami wyprzedzali.
Potem schronisko Murowaniec – wielki budynek a ile kosodrzewiny do okoła – a ja to o niej się w podstawówce uczyłem i wreszcie na własne oczy … i już mi ta ekscytacja tak została ku uciesz moich współtowarzyszy.
Potem wejście na Zawrat zabawa z łańcuchami i mgiełką – mgłą i mżawką i z przerażonymi turystami schodzącymi z Zawratu i cud malina rękawicami ogrodniczkami który wygrały zawody. A między nami to dyskusje co chwile na ważne tematy – co to ten Zawrat jest bo ja myślałem ze jakiś szczyt i jak dotarliśmy to szukam jakiejś tabliczki czy kopczyka a tu nic ale na szczęście dostrzegliśmy małego klimatycznego ptaszka szwędającego się w okolicy wiec cóż został ochrzszczony Zawratem i już się nie kłóciliśmy.
Mgła coraz gęściejsza była wiec ani gór ani stawów nie było widać aż tu nagle jakiś dzikie ptactwo przemieszcza się przy naszej trasie w taki zgrabny sposób że… staw odkryliśmy w końcu.
Pięć Stawów to piękne schronisko i cudownie położone z międzynarodowym towarzystwem – ekipa Belgów? jednego dnia, Francuzi kolejnego, świetnie. Jak ktoś ma urodziny to obchodzi je całe schronisko nawet jak zasypiasz to dołączysz się do śpiewania szczęściarzowi 100 lat po raz piąty. A spać trzeba było bo rano wypad na Orlą Perć – a to nie żarty!
Jakoś o 5 rano się zbudziłem i zerkam przez okienko a tam … GÓRY!!!!!!!!! Jak mi się buźka rozweseliła i serce zagrało – toż to CUD – coś tak pięknego a przecież wczoraj jeszcze tego nie było!! To był ranek nad rankami – odetchnąć świeżym powietrzem i ucieszyć oczy wraz z innymi zahipnotyzowanymi towarzyszami!! Dla takich momentów wart się zszargać.
I zaczęło się … aparaty fotograficzne poszły w ruch… Ruszyliśmy w drogę z wielką ekscytacją i szacunkiem do Tatr – bo o łańcuchach wielu i drabinkach, klamrach i przepaściach wiele słyszały. Po drodze stawy odbijały zbocza gór co dawało niesamowity obraz a i rozpoznałem te same kaczki z poprzedniego dnia.
Orla Perć to naprawdę wspaniała trasa – wiele łańcuchów i innych uchwytów i drabinek bardzo niezbędnych w większości miejscach. Przecudowne i niesamowity widoki. Wiec sesje zdjęciowe co chwilę. Nawołujące świstaki zmuszały nas to wytarzania wzroku – lornetkę mieć to by było. Ale posiłki to jeden z najlepszych momentów – siedzisz gdzieś na szczycie świata ze świetnymi ludźmi i patrzysz dookoła i nie wierzysz do końca w to co widzisz wciągając kanapkę z pasztetem/tyrolską i zagryzając ogórasem czy kabanosem lub dzielisz się z ludźmi żelkami i innymi różnościami.
Po drodze z Krzyżnego dla ochłody była woda ze strumienia – no taka dobra ze ho ho!!! A potem już tylko niegrzeczna kąpiel w jednym ze stawów i orzeźwiająca woda odrodziła nas na nowo.
Trzeci dzień także był ciekawy. Zrobiliśmy Zawrat, Świnice, Hale Gąsienicowa, minęliśmy w deszczu i burzowych klimatach Murowaniec a i Nosala zaliczyliśmy. Potem prysznic w Zakopanem, zasłużony wysokokaloryczny deser w barze i czas do domu.
Po kilku tygodniach od wyprawy zobaczyłem nasze zdjęcia z Tatr i … ożyłem na nowo. Fajnie by było Mnicha zrobić a ta Czerwona Ławka po stronie słowackiej to tez ponoć bania – nie mogę się już doczekać.