Jest 21. Stoję samotnie nad Morskim Okiem, a z wieczornego hałasu i zamieszania wokół schroniska na szczęście pozostało już tylko wspomnienie. Otoczony wielkimi ścianami tatrzańskich szczytów, nasłuchuję dobiegających zewsząd dźwięków: odgłosu pękającego lodu, szumu wiatru i spadających z wysokości małych wodospadów. Spoglądając w górę, obserwuję uciekające chmury i przenikające co jakiś czas przez środek jeziora ich pojedyncze smugi. Ucichł już gwar schroniskowych rozmów, teraz już tylko oświetlone okna zdradzają, że stoi za mną jakiś budynek.
W tych szczególnych okolicznościach przyrody wspominam wczorajsze wejście na Rysy. Myślę o dziewczynie, która urządzając sobie "dupozjazdy" żlebem, zsuwając się w niekontrolowany sposób, uderzyła w moją przyjaciółkę i porwała ją kilkadziesiąt metrów w dół stromego żlebu. Można mówić o wielkim szczęściu, gdyż poza wielkim strachem i drobnymi ranami na rękach i głowie, nic strasznego się nie stało. Zapamiętałem jednak zakrwawiony fragment białej masy śniegu, zapamiętałem krew, której przecież wcale nie powinno tam być. W moim przekonaniu, urządzanie "dupozjazdów" w takim terenie to skrajna głupota – i w takich kategoriach należy o tym mówić.
Stoję i wpatruję się w ten skalny teatr, nabierający – z każdą minutą zapadającej ciemności – coraz większej grozy. Jakże odmiennie wyglądają teraz Mięguszowieckie… jakby płynęły razem z chmurami i zmieniały swoje położenie. Wpatruję się w ciemne żleby, kominy, granie, irracjonalnie szukając jakiegoś światełka, iskierki. Nasłuchuję, czy ktoś nie woła o pomoc. Na myśl przychodzą mi w tej chwili bohaterowie książek Wawrzyńca Żuławskiego, mojego górskiego autorytetu. Zastanawiam się, jak dzisiaj mogłyby wyglądać akcje ratunkowe sprzed 70 lat, tak pięknie opisywane w jego utworach – i odwrotnie, jak dzisiejsze akcje wyglądałyby, gdyby je przenieść w czasy Żuławskiego…
Wciąż stoję na brzegu, lecz czuję, że wieje coraz silniejszy wiatr. Czas wracać do starego schroniska, by stąpając po skrzypiącej podłodze, przy kubku herbaty zaplanować jutrzejszą wyprawę.