
"Lubie te robote" – ostatnio często to powtarzam, zwłaszcza, gdy wybywamy razem w tak piękne miejsca, jak polskie Tatry, i mamy na miejscu tak piękne przywitanie, jak na załączonych obrazkach... naprawdę, "lubie swoje robote"!
Wysadzeni z siodła
"Siódma rano, to dla mnie noc" - ale nie można przecież marnować TAKIEJ pogody. Zatem prosto z pociągu szybko na kwaterę, zostawić plecaki, wciągnąć jakąś ciepłą chińszczyznę i w góry! A jak! Lajtowa traska: siodło pod Kondracką Kopą. Z Siodła wyszły nici, bo śniegu mnóstwo i ludziska "przekopali" ścieżkę prosto na Giewont. Chcąc, nie chcąc, w pierwszy dzień pobytu w Zakopanem, zdobyliśmy Giewont, i do tego oglądaliśmy na nim zachód słońca.
Ze stromizn zeszliśmy jeszcze "za widnego", ale w schronisku byliśmy już po zmroku. Wiem, wiem: to nieodpowiedzialne. Zgadzam się w 100% i gdyby ktoś mi jeszcze tydzień temu powiedział, że idzie zimą na Giewont, na zachód słońca, to bym się w głowę popukał. No, ale, dzięki Bogu, udało się! Wróciliśmy cali i zdrowi.
Redefiniowanie lajtowości
Następny dzień znów miał być "lajtowy": Dolina Pięciu Stawów. I rzeczywiście większość trasy była lajtowa, ale końcówka... tam właśnie padło słynne stwierdzenie Jasia: "Przy księdzu trzeba zdefiniować na nowo słowo lajtowy". I chyba trochę miał racji. Zdałem sobie z tego sprawę, próbując drogę powrotną pokonać na dupolocie (czyli jabłuszku, jak by kto nie wiedział). Trzy fikołki w powietrzu, trzy uderzenia o śnieg (miękki na szczęście) i 3 milisekundy myśli: "Boże, żebym się wreszcie zatrzymał!" - to chyba jednak nie był "lajcik".
Część ekipy wybrała w tym czasie nad Czarny Staw Gąsienicowy. Paru śmiałków miało ochotę wdrapać się na Kościelec, ale zniechęcił nas 3 stopień zagrożenia lawinowego - jakieś resztki rozsądku trzeba w końcu mieć! W drodze powrotnej zobaczyliśmy cuda Bożego Stworzenia - Giewont nad morzem... a może Giewont w Niebie... a może My w Niebie?? Przyznacie, że dla takich widoków warto się wdrapać paręset metrów pod górkę.
Pierwszy krok w chmurach...
Sylwester zbliża się wielkimi krokami. Niektórzy wybierają "lajtową" wersję "extremu", który jeszcze wczoraj był "lajtową" wersją wczorajszego lajciku. Mówiąc krótko: przełęcz Iwaniacka (1460m). Natomiast pozostali wdrapują się, sapiąc i dysząc, na Trzydniowiański Wierch (1765m), gdzie ekipa dzieli się po raz kolejny i najwytrwalsi udają się w kierunku zachmurzonego Kończystego Wierchu (2002m). Chmury nas nie przeraziły. I całe szczęście, bo jak je wiaterek poprzeganiał, to widoki były po prostu niebiańskie!
Po drodze nawet nam aureolki się pojawiły: słońce na chmurze nam tęcze namalowało - i to każdemu osobną! Fachowo to się nazywa widmo Brockenu. Nazwa pochodzi od szczytu Brocken w górach Harz. Wśród taterników istnieje przesąd mówiący, że człowiek, który zobaczył widmo Brockenu, umrze w górach. Ujrzenie zjawiska po raz trzeci "odczynia urok". Na szczęście my przesądni nie jesteśmy. Poza tym nie wiedzieliśmy o tym przesądzie i bardzo pozytywnie sobie gaworzyliśmy o świętości, aureolkach i opiece Pana Boga.
A opieka ta była z nami na pewno, zwłaszcza w drodze powrotnej - zlodowaciały śnieg, mgła, która przyszła nie wiadomo skąd (już chciałem kompas wyjmować, ale na szczęście sobie poszła) - jednym słowem: prawdziwe extreme!
Padające hasło
Zachęceni dniem pierwszym, błękitem nieba dnia drugiego i oczywiście mrozem i skrzypiącym śniegiem po kolana w dniu trzecim, ruszyliśmy na Grzesia (1653m). Naturalnie mieliśmy w trasie ustalić, czy idziemy dalej. "Z księdzem to wiadomo, że padnie hasło, kto idzie dalej?" - stwierdziła brać studencka na szczycie. No i padło hasło, no i poszliśmy, na Rakoń (1879m), a potem jeszcze na Wołowiec (2064m) - dla niektórych był to pierwszy dwutysięcznik w życiu, a dla paru innych - pierwsze zimowe wejście na dwutysięcznik. Potem zjechaliśmy na tyłkach i na dupolotach do schroniska. Niestety na koniec czekała nas ta nieszczęsna, długa i monotonna Dolina Chochołowska, ale jakoś daliśmy radę.
The Night
31 grudnia upłynął pod znakiem przygotowań do Imprezy. Ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie skoczyli na "coś lajtowego". Zatem, gdy jedni śmigali po zamglonych tego dnia dolinkach, inni śmigali na nartach. Choć słowo "śmigali" można by też zredefiniować w niektórych przypadkach. Wieczorem, po przygotowaniu muzyki, sali balowej (a nawet dwóch), jedzonka oraz przywdzianiu bardziej szałowej odzieży, odprawiliśmy Mszę dziękczynną za cały rok. No, a potem się zaczęło...
Po 22ej połowa ekipy uzbrojona w dupoloty, czołówki i inny górski sprzęt, wybrała się na Gubałówkę - spojrzeć na świat "z góry" (no, może to za duże słowo dla tego wzniesienia). Droga powrotna upłynęła w-mgnieniu-oka i to dosłownie, a zestaw dupolot+czołówka zrobił takie wrażenie na schodzących tłumach, że ktoś krzyknął: "Ej! To chyba TOPRowcy!". Tekst ten stał się tekstem nocy. O 6.30 rano został zdetronizowany przez tekst "Wstawaj, szkoda dnia!", którym to jeden z uczestników imprezy postanowił nas rozbudzić.
"3000 ludzi na 600 miejsc w pociągu"
Niestety trzeba było wracać do domu. Operacja desantu 40-osobowej grupy na zatłoczonym PKP-ie w Zakopcu napawała nas lękiem. Na szczęście udało się bez większych zgrzytów, rejs umilił nam porządny PKP-ekspres z rezerwacją miejsc - czyli obyło się bez bitwy na peronie, a Kawa w Warsie z widokiem na oddalające się Tatry była prawdziwą kulinarną rozkoszą.
ja tam byłem
po górach chodziłem
na nartach jeździłem
całą noc tańczyłem
i niewiele piłem
i koniec i bomba
kto nie pojedzie, ten trąba
ks. Tomasz Kalisz, pallotyn