g�ry
 
 
piątek, 10 Wrz 2010
 
 
Rumuńskie szczyty Karpat Wschodnich
Wpisany przez Szymon Pluta   
Dochodzi pierwsza w nocy, trochę oszołomieni i zmęczeni trzynastogodzinną podróżą wysiadamy z naszego busa na przełęczy Setref. Podchodzimy kawałek i rozstawiamy namioty na pierwszej napotkanej polanie, wczołgujemy się do śpiworów i od razu zasypiamy.








Góry Rodniańskie witają nas błękitem nieba i wspaniałym słońcem. Jemy śniadanie, pakujemy cały nasz dobytek i wyruszamy w drogę. Przez najbliższe dziewięć dni codziennie czeka nas to samo, ale na monotonię nikt nie będzie mógł narzekać. Pierwszy etap przypomina Baranią Górę i Skrzyczne, ale następny dzień przynosi zmianę krajobrazu. Szybko osiągamy 1700 m n.p.m., a i tak rzadkie już drzewa znikają. Przed nami roztacza się długa grań porośnięta połoninami. Pojawiające się chmury stają się coraz gęstsze i ciemniejsze.
 


 

Rozpoczyna się „wyścig zbrojeń”. W ruch idą kurtki, ochraniacze na buty i pokrowce na plecaki. Pogoda jednak nie daje za wygraną i w rejonie przełęczy Batranei funduje nam półgodzinny prysznic. Ku ogólnej radości, nad jezioro Rebra docieramy w pełnym słońcu.
 


 

Atak na Pietrosu
Nie tracąc czasu rozstawiamy obóz. „Na lekko” atakujemy Pietrosu, który liczy 2303 m n.p.m. i jest najwyższym szczytem Alp Rodniańskich. Wędrówka nie jest męcząca, więc szybko osiągamy wierzchołek, przez który nieustannie przetaczają się mgły przesłaniające widoki. Podczas zejścia nastroje psuje kolejny opad deszczu. Mimo, że tym razem jest on bardzo dobrotliwy i krótkotrwały nadzieje na suchy powrót do obozu pozostają w sferze marzeń. Musimy przedzierać się wśród mokrych traw, gubimy szlak i brniemy na azymut po podmokłych łąkach. Przemarznięci docieramy do naszej bazy. Nie ma drewna na ognisko, a słońce, które niespodziewanie wyszło zza chmur błyskawicznie znika za granią. Temperatura spada do 10 stopni, a na rozgrzewkę pozostaje herbata, ciepłe ubrania i śpiwory.
 


 

Prysznic dla odważnych
Ranek wyzwala nietknięte pokłady sił i dobrego humor, więc na szlak ruszamy z uśmiechem i śpiewem. Teren, po którym się poruszamy przypomina Tatry Zachodnie, a wędrówka nie przysparza większych trudności. Pomimo, że jest już sierpień, na północnych zboczach gdzie niegdzie widać płaty śniegu. Tego dnia docieramy do przełęczy Laptelui skąd schodzimy w dół niebieskim szlakiem i rozbijamy się w pobliżu strumienia. Rozpalamy ogień, gotujemy, jemy, a podczas zmywania pojawia się dwóch śmiałków spragnionych kąpieli.



 

Szaleję wokół z aparatem marząc, żeby wyjść z tego sucho. Gdy dołącza do nich kolejnych dwóch daję się ponieść emocjom i też ląduję w wodzie. Termometr pokazuje 7 stopni, a nam uśmiech nie znika z twarzy. Przez resztę wieczoru stopniowo dochodzimy do siebie po przeżytym szoku termicznym.

Największy wodospad
Po zaledwie dwóch godzinach marszu docieramy do przełęczy Gargalau gdzie staje nasz kolejny obóz. Kolejny raz bez obciążenia odbijamy na północ.


 

Schodzimy prawie 600 metrów niebieskim szlakiem i docieramy pod największy wodospad Gór Rodniańskich. Cailor, bo tak się nazywa, liczy 80 metrów i spada kilkoma dużymi progami. Droga powrotna znów obfituje w nowe doświadczenia. Najpierw mgła, ulewny deszcz i wiatr, który prawie wpycha nas pod górę, a potem poszukiwanie drewna. Na przełęcz wracamy jako zwycięzcy. Rozpalamy ogień, pieczemy chleb i podziwiamy widoki.


 

Dzielnie walczymy z lodowatym, przenikliwy wiatrem, podziwiamy zachód słońca, a w płóciennych domach chowamy się dopiero po północy.


 


Ciąg dalszy potyczki z wiatrem
Gdy o 5 wychodzę z namiotu wiatr wydaje się jeszcze zimniejszy. Nie poddaję się jednak i podziwiam spektakl, który tworzą chmury, mgły, wiatr i promienie wschodzącego słońca.


 

W końcu reszta obozowiczów zaczyna nieśmiało wychylać się z namiotów, zabieramy się za gotowanie. Temperatura wody nie wiele ma wspólnego z wrzątkiem, ale i tak udaję się przygotować zupki chińskie. Pewni kolejnego wygranego starcia z górską aurą dostajemy nauczkę, gdy silniejsze podmuchy wywiewają makaron z łyżek. Z trudem składamy namioty i rozpoczynamy kolejny etap. Cały czas wieje ostry wiatr, ale sił dodaje słońce i czyste niebo. Oczywiście większość z nas daje się oszukać odczuwalnej temperaturze i zapomina o kremach do opalania. W efekcie fundujemy sobie nowiutkie nosy. Na koniec dnia stajemy na Ineu (2279 m n.p.m.) skąd możemy podziwiać przebytą już trasę oraz szczyty, które jeszcze są przed nami.


 


 


Pożegnanie z Górami Rodniańskimi
Nocujemy nad jeziorem Lala Mica. Tutaj znowu poranek dostarcza mistycznych przeżyć. Nisko zawieszone chmury, czyste niebo i czerwona poświata porannego słońca na długo pozostają w pamięci.


 

Robi się coraz przyjemniej, więc postanawiamy sprawdzić temperaturę wody i po raz kolejny zażywamy orzeźwiającej kąpieli. Jezioro jest płytkie, zarastające i z grubą warstwą osadów na dnie, w niczym nie przypomina imponujących, tatrzańskich zbiorników. W dalszą drogę wyruszamy koło 10:00 i szybko wspinamy się na grań gdzie robimy dłuższą przerwę na jagody. Upalne słońce skutecznie rozleniwia i dalsza wędrówka szeroką i płaską ścieżką jest prawdziwą męką. Wykończeni docieramy do przełęczy Rotunda, a gdy okazuje się, że schronisko jest w remoncie nasze morale zupełnie upadają. Rozstawiamy się nieco powyżej i mocno uszczuplamy zapasy żywności.

Kraina psów i pasterzy
Góry Rodniańskie kategorycznie pozostawiamy za sobą i rozpoczynamy spotkanie z kolejnym pasmem. Suhard znacznie różni się od Gór Rodniańskich. Wysokości jak na nasze warunki wciąż pozostają imponujące, znikają potężne granie, a krajobraz zdecydowanie bardziej przypomina bieszczadzkie połoniny.


 

Następne dwa dni mijają pod znakiem spotkań z szeroko rozumianą kulturą pasterską. Szlak często przebiega przez pastwiska, a zmorą dla turystów są agresywne psy pasterskie. Szybko znajdujemy zastosowanie dla kijków trekkingowych i spore odcinki pokonujemy niczym dobrze wyszkolony oddział Rzymian. Pasterzom zupełnie to nie przeszkadza i tylko czasem w odpowiedzi na nasze „bunã dimineaţa” od niechcenie machną kijem na powitanie. Gdy szlak nie biegnie przez łąki trzeba dosłownie przedzierać się przez gąszcz kosodrzewiny. Już pierwszego dnia zdobywamy najwyższy szczyt pasma – Omului 1932 m n.p.m., a później stopniowo tracimy wysokość.


 

Dziesiątego sierpnia schodzimy do Vatra Dornei. Rozstawiamy się na miejscowym kempingu i jak dzieci cieszymy się z gorącej wody pod prysznicem.


 


Powrót do domu
Następnego ranka robimy zakupy, zwijamy namioty i pakujemy plecaki. Z trudem wszystko ładujemy do podstawionego busa i ruszamy w długą drogę powrotną.


 

Po drodze zwiedzamy jeden z monastyrów i zatrzymujemy się na chwilę w Suczawie. W tym mieście stykają się dawna kultura i tradycja z nowoczesnością, a dla nas kończy się rumuńska przygoda.
Tekst: Szymon Pluta
Zdjęcia: Paweł Pluta
Plucik Team
 
Ta relacja brała udział w I Konkursie ProGóry Team! Dziękujemy!
Komentarze (1)Add Comment
0
...
Napisane przez drażyk.b, stycznia 21, 2010
brzmi znajomosmilies/smiley.gif Déjà vu ?, fajny tekst,a zdjęcia jeszcze lepsze!

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy
 
 
| góry | Teatr Cigacice |