 To była największa i najpiękniejsza przygoda w moim życiu – do tego stopnia, że trudno ją opisać. Spróbuję jednak krótko i na temat. Po przyjeździe do Chamonix (było to już około północy) dość długo szukaliśmy miejsca, w którym moglibyśmy się gdzieś „rozłożyć”, a że po jakimś czasie mieliśmy serdecznie dość szukania czegoś lepszego, wybraliśmy… parking. Kierowca jako jedyny został w samochodzie, żeby w miarę wygodnie sobie pospać, a nasza trójka ułożyła się na karimatach pod gołym niebem.
Termin: sierpień 2009
Uczestnicy: Sylwia (Szisza), Roberto, Mopaw i Staniewka
Cel: Mont Blanc
Niestety, ok. 3 w nocy rozszalała się ulewa i wszyscy wylądowaliśmy w samochodzie. Powrót do pudełka, wyładowanego po brzegi, w którym spędziliśmy tyle godzin, nie należał do najprzyjemniejszych momentów, ale jakoś daliśmy radę. Jak się później okazało ta miejscowość to nie było Chamonix.
Po dwóch dniach spędzonych w Les Houches i Chamonix pogoda się ustabilizowała i podjęliśmy decyzję o wyruszeniu.
Pierwszym etapem było podejście we mgle i śnieżycy do pola namiotowego przy schronisku Tete Rouse (3160 m n.p.m.). Ten odcinek był ciężki z powodu „rozdwojenia się” naszej czwórki (zgubiliśmy się już po pierwszych 100 metrach), a także ze względu na szalejącą śnieżycę i mgłę ograniczającą widoczność do pół metra. Na szczycie się odnaleźliśmy i tam spędziliśmy pierwszą noc w namiotach na takiej wysokości.
Następny dzień to już całodniowa wspinaczka pionową skałą do schroniska Gouter (3817 m n.p.m.).
Przejście przez słynny kuluar Rolling Stones, którym czasami spadają kamienie wielkości szafy czy telewizora, dla nas zakończyło się szczęśliwie i cali dotarliśmy na szczyt Goutera, gdzie najpierw musieliśmy wykopać platformy pod namiot,
później topić śnieg na herbatę,
by na końcu delikatnie odczuć skutki choroby wysokościowej (mnie lekko bolała głowa, Sylwia i Paweł byli osłabieni tak, że sami nie wiedzieli, co im jest, a Tomka zbierało na wymioty).Gdy kładliśmy się spać była 23, a po 2 w nocy na polu namiotowym zaczął się już szum związany z wyjściem pierwszych grup na szczyt. My wyruszyliśmy ok. 4 rano.
Z pola namiotowego było już widać sznur ciągnących się świateł czołówek, dzięki temu widzieliśmy, jak daleka droga przed nami…
Ten etap, związany z atakiem szczytowym, jest bardzo trudny do opisania. To było coś strasznego, a jednocześnie pięknego. Wspinaczka w śniegu i lodzie, pomiędzy szczelinami,
połączona z wyjątkowo mocno operującymi promieniami słonecznymi, to był koszmar.
Mieliśmy tylko jedną butelkę wody, która praktycznie po chwili już się skończyła. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem była konsumpcja śniegu… przypomniało się nam dzieciństwo, gdzie mimo zakazów dorosłych i tak jadło się śnieg. Ten z masywu Mont Blanc wydawał mi się jednak o wiele bardziej czysty od tego na nizinach, dlatego zjadłem go aż tak dużo – był po prostu pyszny i dodawał sił do zrobienia kolejnego kroku. Powietrze, zawierające o wiele mniej tlenu, niż na nizinach, dla mnie wydawało się takie dziwne, jakby słodkie… Przystanki robiliśmy dość często, wyglądało to tak, że po prostu padaliśmy na śniegu i tak leżeliśmy przez kilka minut w bezruchu. Grań wyprowadzająca na szczyt jest bardzo wąska, dlatego musieliśmy być czujni, bo tak naprawdę wystarczył jeden błąd, by spaść i znaleźć się od razu w czarnym worku gdzieś przy jakimś zakładzie pogrzebowym w Chamonix…
Im było wyżej, tym ciężej, ale widok wierzchołka dodawał energii, dlatego około południa, 5 sierpnia 2009 r. stanęliśmy na Dachu Europy. Radość była ogromna – ja przez chwilę nie potrafiłem opanować łez… pół roku przygotowań, treningów, spotkań, by w końcu mieć całą Europę u swoich stóp – to radość nieporównywalna z żadną inną.
Po kilku godzinach ciężkiego zejścia, postanowiliśmy, że noc spędzimy w schronie Forestiere, położonym na wysokości prawie 3000 m n.p.m. Jest to dość zadbany barak z jednym oknem, niedawno odnowiony, posiadający romantyczne poddasze, mogące pomieścić kilkanaście osób. My spotkaliśmy tam tylko jednego człowieka.
Było już około północy, gdy byliśmy po kolacji i układaliśmy się do snu. Tymczasem Paweł gdzieś w dalekiej ciemności usłyszał dziwnie brzmiące głosy. Po chwili zobaczyliśmy światła czołówek, oddalonych od naszego baraku o kilkadziesiąt metrów. Okazało się, że jest to para Rosjan, a mężczyzna doznał silnego ataku choroby wysokościowej. Szybko podjęliśmy decyzję o zaproponowaniu im pomocy. Para poprosiła nas o sprowadzenie ich do najbliższej stacji kolejki. Ponieważ Paweł źle się czuł, podjęliśmy decyzję, że zostanie z Sylwią w schronie, a ja z Tomkiem postaramy się pomóc tej parze. Zejście z nimi było ciężkie, biorąc pod uwagę bardzo złe samopoczucie tego Rosjanina, a także wszechogarniającą wszystko ciemność… Kilka razy zatrzymywaliśmy się, bo mężczyzna tracił siły z każdym kolejnym krokiem; musieliśmy też uważać, by w ciemnościach nie zgubić szlaku. Czułem się jednak bardzo dobrze, mając świadomość, że pomagam drugiemu człowiekowi. Przez chwilę miałem wrażenie, że jestem jednym z bohaterów książek Wawrzyńca Żuławskiego, że przeniosłem się w lata 50 XX wieku i wyruszam, tak jak tamci ludzie tworzący TOPR, na ratunek tym, którzy potrzebują pomocy… Ostatecznie tę parę udało się nam sprowadzić do pierwszego bezpiecznego miejsca, a sami udaliśmy się w drogę powrotną do schronu.
Przez cały wieczór, noc, a także w czasie zejście do stacji tramwaju, po drodze towarzyszyły nam piękne kozice.

Po zejściu z Mont Blanc, gór mieliśmy dość dokładnie przez dwa dni. Największą nagrodą dla nas był prysznic za 3 euro, a na kolację bagietki, zestaw pysznych serów i oczywiście francuskie wina…
Na deser pojechaliśmy na tydzień do Prowansji, zwiedziliśmy Marsylię, Saint Tropez, Cannes, Niceę, Monako. Owszem, dobrze było poleżeć przez trzy dni na gorącej plaży, ale jakże inny to świat… sztuczny, plastikowy świat przesytu, luksusu, złotych zegarków, diamentowych zębów i samochodów przypominających statki kosmiczne. Świat, w którym hotele mają dziesięć gwiazdek, a auta złote felgi. Czerwony dywan w Cannes nie jest taki piękny, jaki widzimy w telewizji w czasie festiwalu filmowego. To normalna speluna, śmierdząca moczem, wymiocinami i czym tam jeszcze. Bleeeee! Na plaży w Saint Tropez połowa stroju kąpielowego każdej pani to jakaś metka z nazwą słynnego domu mody… Patrzy się na to wszystko z politowaniem. Pocieszeniem dla nas były piękne, małe miasteczka francuskiej Prowansji, pachnące słońcem, morzem, bagietkami, owocami i winem… a także noclegiem na lazurowej plaży.
Na początku myślałem, że dam sobie spokój z górami na jakiś czas. Teraz już jednak wiem, że od narkotyku gór nie uwolnię się nigdy. Wiem, że narkotyk ten będzie mnie ciągnąć wciąż w górę. Już teraz mój wzrok sięga wyżej niż Mont Blanc. Marzę o Elbrusie, najwyższym szczycie Rosji (5642 m n.p.m. ) – a marzenia, jak wynika z powyższej relacji, się spełniają…
Roberto.
Ta relacja brała udział w I Konkursie ProGóry Team! Dziękujemy!
 |
Zdjęcia kozicy - wybitne ! ( a kuku ! ) Piękna przygoda...zdrowo zazdroszczę
Ciekawa charakterystyka Cannes...
Więc...spełnienia marzeń o Elbrusie !