
Nazwaliśmy się Body&Soul Doctors Mont Blanc Expedition’2009, czyli Lekarze Ciała i Duszy na Dachu Europy. Tak jakoś nam się skojarzyło, bo Paweł jest lekarzem medycyny, no a ja księdzem. Myknęliśmy samochodzikiem mojej bratowej do Chamonix. 18 godzin jazdy, piękne autostrady, nic tylko lać paliwo, płacić i jechać.
Noclegi – wiadomo – pod namiotem. Francuskie kempingi są wypasione. My przyzwyczajeni do polskich warunków, pamiętając ze spływów kajakowych, że cywilizacja na kempingu to Toi-Toi i miejsce na ognisko, wypaliliśmy już na wstępie tekstem: „A ciepłą wodę i prysznice macie?”, a pani w recepcji na to: „To chyba oczywiste, że mamy?!” Tak więc za jedyne 7 Euro od osoby mieliśmy miejsce na namiot, parking, prysznice, aneks kuchenny i pralki ze strefą suszenia (która okazała się bardzo przydatna w deszczowe dni, żeby w niej… zjeść kolację).
Najpierw zadbaliśmy o aklimatyzację. Wspinaczka powyżej 3000m może dać się we znaki ze względu na niskie ciśnienie (na szczycie Mont Blanca jest tylko 650 hPa! Norma na nizinie to ok. 1000 hPa) oraz mniejszą zawartość tlenu w powietrzu. Serce i płuca muszą się do tego powoli przyzwyczaić, inaczej grozi tzw. choroba wysokościowa. Są różne sposoby aklimatyzacji. My wybraliśmy „model francuski”, tzn. wejść wysoko za dnia – zejść niżej na nocleg. I tak coraz wyżej.
Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Już w pierwszy dzień deszcz przegonił nas z 2300m, a w drugi… no to się działo! Po południu przyszły masakryczne chmury, a my na środku lodowca Argentiere (chcieliśmy iść do schroniska na 2700, a na następny dzień na przełęcz na 3700). Ścieżka w śniegu dawno zniknęła (zresztą byliśmy tam w czerwcu, czyli przed sezonem, więc w ogóle mało ludzi było – kempingi są puste, schroniska Gouter i Tete Rousse mało obciążone – mieliśmy nawet miejsca na łóżkach!, a w nocy na szczyt Mont Blanca wychodziło z nami „tylko” 50 osób). Zaczęło się robić ciemno, wokół nas jedno gęste mleko, idziemy na kompas i mapę… i mogliśmy minąć schronisko choćby o 20m i pewnie byśmy tego nie zauważyli. W końcu decyzja – czas pomyśleć o przetrwaniu. Znaleźliśmy przytulną skałę, przy niej wykopaliśmy czekanami przytulną jamę śnieżną, no i chcąc nie chcąc spędziliśmy noc w „lodówce” na wysokości 2600m. Wieczorem żegnaliśmy się ze sobą… bo nie wiadomo, czy wstaniemy (-15 stopni robi wrażenie). Było ekstremalnie, i to na maksa! Rano, o świcie, gdy zobaczyliśmy, że mgły już nie ma i że widać szczyty i że może jednak przeżyjemy – dostaliśmy takiej głupawki, jak nigdy. A jak zeszliśmy do cywilizacji (czyli do wyraźnej ścieżki, na której się nie zgubisz, choćby lało i trzaskało) odprawiłem taką mszę dziękczynną, jak nigdy w życiu! Dziękowaliśmy Bogu po prostu za to, że żyjemy. Czad!
Następnego dnia – pokornie – wsiedliśmy do kolejki linowej i myknęliśmy „na skróty” na 3800m na Agile du Midi. Tam powędrowaliśmy do schroniska Cosmiques i z powrotem.
Okazało się jednak, że nasza aklimatyzacja zupełnie wystarczy. W czasie ataku szczytowego Paweł miał tylko lekki kaszel „wysokościowy”, a mnie głowa bolała przez jakieś 20 minut przy schodzeniu. Ci, którzy mieli kiedykolwiek „wysokościówkę” wiedzą, że to nic, w porównaniu np. z wymiotami, biegunką, totalnym osłabieniem, bezsennością itp. Wielu odpuszcza tuż przed szczytem z powodu złej aklimatyzacji. W zasadzie na Mont Blancu, który nie jest aż tak trudnym szczytem, załatwić Cię mogą 4 rzeczy: brak aklimatyzacji, załamanie pogody, odwodnienie oraz ewentualnie amatorzy na szlaku (wymijanie na stromej i wąskiej grani jest miejscami dość „ciekawe”).

Atak szczytowy postanowiliśmy poprowadzić „od samego dołu”. Wyruszyliśmy z miejscowości Les Houches (1100m). 90% „zdobywców” podjeżdża kolejką Tramway du Mont Blanc do stacji Nid d’Aigle na 2400m i potem wskakują w 2 dni tam-i-z-powrotem. Ale przecież my na łatwiznę nie idziemy! Tak więc zziajani i zmachani dotarliśmy do schroniska Tete Rousse na wys. 3160m. Dźwigaliśmy ze sobą całą masę sprzętu. Plecaki ważyły po 25 kg. Mieliśmy prowiant, karimaty (w razie spania na podłodze), śpiwory, 50m liny 12tki (zupełnie niepotrzebne – wystarczyłoby 20m/8mm – no chyba, że załamałaby się pogoda i ktoś wpadłby do szczeliny lodowcowej). Były też śruby lodowe, taśmy, repiki, karabinki. Eh! W sumie byliśmy gotowi na wszystko i trochę z zazdrością patrzeliśmy na tych, co gotowi na wszystko nie byli, ale za to mieli tylko malutkie plecaczki.
Pierwszy dzień zajęło nam podejście do Tete Rousse, drugi do Goutera i popołudniowe kilkugodzinne topienie śniegu (dla dwóch osób trzeba było ok. 4 litrów na samo uzupełnienie płynów, żeby się nie odwodnić). Na tych wysokościach traci się o wiele więcej wody niż zwykle – pocenie jest mało odczuwalne, bo jest zimno, a do tego oddychanie, o wiele częstsze, bo mało tlenu. Wypić 2 litry płynów dziennie to podstawa. Trzeba też pamiętać o minerałach w tabletkach do rozpuszczenia w wodzie (zwłaszcza potas i sód). Roztopiony śnieg jest praktycznie wodą destylowaną i zamiast uzupełniać minerały w organizmie – wypłukuje je. Przy okazji udowodniliśmy po raz kolejny, że Polak potrafi! Na dachu schroniska Goutera jest w czerwcu sporo śniegu, który roztapia południowe słoneczko – wystarczy podstawić menażki na rynnę i już! Szybko i bez marnowania gazu! A kwestie grzybków i innych pleśni rozwiał szybko pan doktor Paweł: „Na tej wysokości?!”
Ostatni etap wspinaczki zaczyna się między 1 a 2 w nocy. Ktoś to nazwał „masowym eksodusem” ze schroniska. I tak to wygląda. Rząd kilkudziesięciu czołówek wspinających się trawersem pod górkę sprawia wrażenie choinki. Zabłądzić nie sposób, bo idziemy grzecznie jeden-za-drugim. Podejście zajęło nam 5 godzin i 20 minut. Niezły czas, zwłaszcza, że tydzień wcześniej był tam Zinedine Zidane i zajęło mu to 6 godzin (a do tego jeszcze przywieźli go do schroniska helikopterem!). Tak więc stanęliśmy na szczycie o 7.50 rano. To było niesamowite! Wszystko wydawało się takie malutkie. Pogoda była krystaliczna – mogliśmy podziwiać widoki aż po sam horyzont. Na szczycie odprawiłem Mszę Świętą. Było strasznie zimno – zamarzło wino w kielichu! Rękawiczki ośmieliłem się zdjąć tylko na Podniesienie i Komunię. Ale warto było! Kto wie, może to pierwsza w historii Msza na Dachu Europy?
Przy schodzeniu dopadło mnie totalne osłabienie. Musieliśmy się zatrzymywać co 15 minut i miałem kłopoty z koncentracją (80% wypadków w górach zdarza się przy schodzeniu i ta świadomość wcale nie dodawała mi otuchy). W końcu Paweł zarządził postój na herbatę przy stalowym schronie Bivouac Vallot (4360m). Wypiłem pół litra i po 20 minutach okazało się, że całe zmęczenie przeszło – tak na własnej skórze poznałem, co to znaczy odwodnić się i stracić przez to siły. Sam Vallot jest o tyle ciekawy, że w zeszłym roku wyremontowano tam… toaletę! Za „jedyne” 145 tysięcy Euro! Są w niej nawet baterie słoneczne… ale nie skorzystaliśmy.
Schodzenie granią Goutera jest jeszcze bardziej ekstremalne niż wchodzenie. Zajęło nam jakieś 2,5 godziny. Po zejściu do górnej stacji kolejki Tramway du Mont Blanc postanowiliśmy iść wzdłuż torów (jest tam szlak, choć pani z obsługi odradzała nam wędrówkę tą drogą). Szlak przepiękny i warto nim się przejść, tak samo, jak drugą opcją – jeszcze piękniejszą – przez Chal. de l’Are (tamtędy podchodziliśmy – prawdziwie alpejskie łąki i widoki, tylko pół godziny dłuższy niż ten wzdłuż torów).
I w zasadzie to już… 4 dni aklimatyzacji, 4 dni ataku szczytowego, 2 dni odpoczynku, czyli szwędania się po Chamonix, wydawania ostatnich Euro w sklepach turystycznych, oraz (a jakże!) w restauracji na żabie udka i ślimaki… mmm, mniam!
Wróciliśmy szczęśliwi i dumni z siebie. Choć do tej pory zastanawiamy się, co było większą przygodą – zdobycie najwyższego szczytu Europy kontynentalnej, czy nocleg w jamie śnieżnej. Ale to chyba nie ważne – jedno i drugie na pewno jest „wyprawą życia”.
ks. Tomasz Kalisz, pallotyn