
Nad ranem budzi mnie dziwny dźwięk. Przez chwilę sądzę, że to był tylko jakiś dziwny sen, ale za chwilę dźwięk się powtarza, a ja zaczynam pojmować gdzie jestem i co tutaj robię. Pamiętam, jak wczoraj wiele czasu spędziliśmy na znalezienie w miarę płaskiego miejsca na tej alpejskiej łące, na którym dałoby się rozłożyć namiot i w miarę spokojnie wyspać. Wyciągam prawą rękę i obmacuje teren obok miejsca, gdzie leżę – powinna tu gdzieś być moja komórka a w niej zegarek. Jest, spoglądam na zegarek, ale w oddali słyszę coraz wyraźniej odgłos, który obudził mnie chwilę temu. Słyszę stado kopyt zbliżających się w moim kierunku. A więc jednak to one, jednak tu też dochodzą, czy przyjdą do naszych namiotów ?? Wygląda na to, że tak, odgłosy kopyt zbliżają się idealnie w naszym kierunku. Momentami przerywa je głośne muuu….. Teraz nie mam już wątpliwości.
Jesteśmy gdzieś w okolicach głównego grzbietu Wildalpe. Wczoraj schodząc ze szczytu, szukaliśmy miejsce na rozbicie namiotów. Zeszliśmy grzbietem niemal pod górną granicę lasu, by być nieco osłoniętym od wiatru i – jak nam się wtedy wydawało – poza zasięgiem krów. Niemal cały masyw Wildalpe to jedno, wielkie pastwisko, gdzie chodzą krowy. Tu gdzie teraz jesteśmy miało być spokojniej. Idąc minęliśmy ogrodzenie elektryczne, a ilość placków krowich odchodów była niemal zerowa. Krów nie było, a my sądziliśmy, że jesteśmy już poza terenem ich panowania. Jak się okazało, byliśmy w błędzie. Teraz zrobiły nam pobudkę, a każda po kolei podchodziła do naszych namiotów, obwąchiwała i zachęcała towarzyszki głośnym muuu…. aby osobiście zobaczyły jaki to dziwny okaz wyrósł na ich pastwisku. Niektóre, bardziej odważne nawet próbowały posmakować nasze namioty, oblizując je tym swoim wielkim ozorem…Podchodzą, każda po kolei. Odchodzą…
(podpis: niemal cały masyw Wildalpe to jedno, wielkie pastwisko)
Wychodzę przed namiot… rozciągam się…wdycham świeże, alpejskie powietrze... wpatruję się w dziwne drzewa, rosnące nieopodal, oraz w otaczającą nas panoramę. Na trawie i naszych namiotach zalegają jeszcze kropelki rosy, które jak zwierciadła odbijają piękno otaczających nas gór.
(podpis: wpatruję się w dziwne drzewa, rosnące nieopodal)
(podpis: na trawie i naszych namiotach zalegają jeszcze kropelki rosy…)
Jesteśmy w Alpach Styryjskich. To jeden z masywów Alp Austriackich, położonych najbliżej Polski, kilkadziesiąt km na zachód od Wiednia. Jesteśmy już 5 dzień w tych górach, zapomnianych przez turystów, którzy omijają je niepostrzeżenie w pogoni za wysokimi, skalistymi turniami trzy i czterotysięcznych szczytów. Cisza, spokój, natura…Góry wysokością zbliżone do naszych Tatr zachodnich, czy Bieszczad Wysokich, a jakże od nich inne…Tylko te krowy, pałętające się po niemal każdej polanie.…
Niebo jest jeszcze dość zachmurzone, ale zdradza nadzieję, na piękny, słoneczny dzień. Trzeba ruszać, przed nami długa droga, jeżeli mamy do wieczora dojść w rejon schronu turystycznego na Hali Hinteralm. Idziemy grzbietem, trasą w miarę zbliżoną do przebiegu szlaku turystycznego. W miarę, bo znakowanie szlaku zatarł widocznie czas, więc idziemy praktycznie bez znaków, co parę godzin mijając jedynie ledwie widoczne ślady czerwonej farby, które utwierdzają nas w przekonaniu, że to dobry kierunek. Dziś, przez pierwszą część dnia nie zobaczymy ich praktycznie wcale.
(podpis: góry wysokością zbliżone do naszych Tatr Zachodnich czy Bieszczad Wysokich, a jakże od nich inne)
Wczoraj wieczorem zrobiliśmy sobie burżujską kolację, z makaronem w roli głównej, na którego przygotowanie poszło dużo wody, więc rozglądamy się za jakimś źródełkiem. Według mapy ma być na przełęczy. To całkiem niedaleko, więc będzie dobrze, z pragnienia nie umrzemy!! Po drodze mijamy kolejną bramkę ogrodzenia elektrycznego. Znowu wchodzimy na jakieś krowie pastwisko. Co więcej, okazuje się, że źródło, jak wiele innych w tym rejonie, przerobione jest na kranik z drewnianym korytem pod spodem, na kształt krowiego wodopoju. Darujemy sobie taką wodę. Idziemy dalej. Nieco niżej mijamy czwórkę pierwszych, i jedynych tego dnia turystów, których spotykamy na szlaku. Ubrani w regionalne stroje, zaciągają jakimś austriackim slangiem, więc trudno się z nimi dogadać. A szkoda, bo ścieżka się rozwidla, i nie bardzo wiemy którędy iść. Mimo wszystko próbuję jakoś ich zrozumieć... hmm… chyba powiedzieli, że mamy iść tą wąską ścieżką na dół. Jakoś dziwnie to wygląda, droga na wprost jest szersza i wyraźniejsza. Spoglądamy jeszcze na mapę. Z mapy wynika, że w lewo na dół powinna odbić jakaś niewyraźna dróżka. Próbujemy. Wychodzimy w dolinę w planowanym miejscu. Wybór był dobry.
Teraz parę kilometrów asfaltówką, przez dolinę, by dojść do miejsca startu kolejnego szlaku. Po drodze zaczepia nas sympatyczny Austriak prowadzący ze sobą rower –zwykły składak. Ubrany w jakieś stare szmaty wygląda nieco jak polski kloszard, zbierający puszki na śmietnikach. Wygląda na zdziwionego widokiem turystów w tym rejonie. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski i dotarliśmy tu w większości autostopem, o mało nie pada z wrażenia. Wywiązuje się krótka rozmowa, o tym skąd idziemy i co mamy w planach. Austriak podpowiada nam jeszcze skąd najlepiej łapać stopa, gdybyśmy chcieli już wracać do domu, bo przyznaliśmy mu się, że rozważaliśmy taką opcję. Po wymianie serdeczności idziemy dalej w sowim kierunku.
Po jakimś czasie mija nas samochód, zatrzymuje się obok nas i otwiera drzwi. Ze zdumieniem stwierdzamy, że to ten sam człowiek, który przed chwilą mijał nas na ledwo trzymającym się kupy składaku. Teraz ubrany na galowo, w niezłym samochodzie, mówi, że jedzie w kierunku Wiednia i pyta czy nas nie podrzucić. Chwilę się zastanawiamy, ale ostatecznie decydujemy się spędzić jeszcze jeden dzień na łonie przyrody, w tutejszych górach. Do Wiednia pojedziemy dopiero jutro, jednak na stopa. Mile zaskoczeni tym, co nas przed chwilą spotkało idziemy dalej. Obecna tu serdeczność ludzi, w połączeniu z pięknym krajobrazem sprawia, że warto tu być. To nie pierwszy, i nie ostatni przypadek tak wielkiej, ludzkiej uprzejmości i chęci pomocy jaką tu spotkaliśmy.
Jesteśmy przy wejściu na szlak, przy dość szerokim, niesamowicie czystym potoku. To kolejna rzecz, która nas tu zaskakuje. W Polsce woda z rzeki w takim terenie pewnie nie nadawałaby się do picia. Tu śmiało możemy uzupełnić butelki.
Ruszamy w górę. Nabieramy wysokości trzymając się dobrze oznakowanego w tym rejonie szlaku. Tu jego utrzymaniem zajmuje się już inna sekcja alpenverein’u niż na Wildalpe, więc ślady farby mijamy w miarę często. Początkowo idziemy lasem, jednak w miarę szybko naszym oczom ukazuje się piękna panorama z widokiem na grzbiet Wildalpe, którym wędrowaliśmy wcześniej.
Szlak pnie się bardzo stromo do góry. Wypatrujemy bardziej płaskiego terenu. Według mapy powinniśmy wejść w system w miarę płaskich polan alpejskich, który doprowadzi nas do polany Hinteralm. Rzeczywiście, teren pomału się wypłaszcza. Wchodzimy na polany, na których ukazują się nam przepiękne widoki na alpejskie….krowy. Może chociaż tu spotkamy tą fioletową, jak z reklamy milki – myślę - przecież gdzieś tu musi być, skoro wystąpiła w TV
(podpis: ukazują się nam przepiękne widoki na alpejskie… krowy)
Dochodzimy do schronu na Hinteralm. Zamknięty. Rozważamy naszą sytuację i zastanawiamy się co zrobić. Patrzymy po sobie wzajemnie. Opcja kolejnej nocy w namiocie otoczonym pasącymi się krowami ?? – Nie –co do tego jesteśmy zgodni. A przynajmniej nie bez walki. Naprzeciwko schronu stoi schronisko alpenverein’u. Postanawiamy sprawdzić ceny, spytać o schron i wtedy pomyślimy. Monika umie najlepiej z nas angielski, więc została wydelegowana do negocjacji z właścicielem schroniska. Wchodzimy
(podpis: naprzeciwko schronu stoi schronisko alpenverein’u)
-Guten Tag
-Guten Tag
-Do you speak englisch?
-Ich verstehe Sie nich
I wszystko jasne. Trzeba będzie jakoś dogadać się po niemiecku, więc przejmuję pałeczkę. Najpierw pytam o schron, podobno jest już prywatny i nieczynny. Pytam o cenę w schronisku. 12 Euro. To miał być wyjazd studencki, niskobudżetowy, a tu kolejny wydatek. Pytam jeszcze, czy jest możliwość żeby przespać się tu gdzieś w namiocie, czy mu to nie będzie przeszkadzać. Dowiaduję się, że nie bardzo, bo wszędzie chodzą krowy. Ale potem następuje dalsza rozmowa, zakończona ustaleniem ceny na 4 Euro od osoby za nocleg w schronisku. Nie ma co się zastanawiać, decydujemy się. Jesteśmy tu sami. Poza nami nie ma innych turystów. Dostajemy całkiem spory pokoik na poddaszu, pozostawiając krowy za oknem…Niech się pasą, szczęśliwe, że nie muszą, jak my, wracać jutro do domu.
(ekipa w pełnym składzie, od lewej: Darek, Monika, Anka)
Tekst: Dariusz Rank
Zdjęcia: Anna Cholewa