
Kolejny wyjazd, który okazał się czymś innym niż był planowany. Choć ogół się nie zmienił (Karpaty, pod dwa tysiące metrów npm, z namiotem i całym sprzętem) to pierwotny plan zakładający przejście ukraińskiej Czarnohory okazał się chwilowo nierealny. Zamiast tego uderzyliśmy w słowackie Niżnie Tatry.
motto: "dzień bez burzy to dzień zmarnowany"
nieznany górski turysta
17 sierpnia 2007, 18:07
okolice Gniezna 120 m n.p.m.
Ruszyłem. Asia nie płakała - przywykła;) Moja mama też, ale ona zawsze przeżywa moje wyjazdy. Teraz podziwiam przez okno pociągu gnieźnieńską katedrę. Za niecałą godzinę mam przesiadkę w Poznaniu.
***
Dzień pierwszy, czyli ruszamy
Zakopane - Poprad - Ružomberok - Donovaly (autobus) - Kozí Chrbát - Przełęcz Hiadelska
Wysiadłem z pociągu w Zakopanem. Pogoda paskudna - lało i zimno. Michał miał przybyć za kilka minut, więc do autobusu do Popradu mieliśmy bezpieczną rezerwę. Spotkanie, porównanie wielkości plecaków i pojechaliśmy. Autobus szczelnie oblepiony reklamami uniemożliwiał jakiekolwiek podziwianie widoków, jednak za Łysą Polaną zaczęło się przedzierać trochę promieni słońca.
W samym Popradzie spędzić mieliśmy ponad godzinę. Wystarczyło, żeby znaleźć czynny w sobotę kantor i jeszcze ponudzić się na dworcu. Zaraz potem autostrada powiodła nas do Ružomberoka. Kolejna godzina czekania - smażony ser, ostatnie zakupy, obskurny kibel i stromo pnącą się drogą pojechaliśmy do miejsca startu - kurortu Donovaly, gdzie zaczyna się Szlak Bohaterów SNP - czerwono znakowana graniówka Niżnich Tatr.
Tu słoneczko świeciło na całego, pogoda wręcz wymarzona. Na zegarku godzina 14, a szlak obliczony na 3,5 godziny. Ruszyliśmy. Szlak wił się pomiędzy hotelami wznosząc się do góry i odsłaniając panoramę zarówno Niżnich Tatr jak i Wielkiej Fatry. Po pół godzinie znaleźliśmy się w lesie. Skończył się zgiełk, skończyli sie ludzie na szlaku. Lasem szliśmy niecałą godzinę, potem zaczęły się łąki. Przyjemny szlak wprowadził nas na miejsce pierwszego (i jak się okazało ostatniego tego dnia) słodkiego lenistwa - Kečkę (1225 m). Na błękitnym niebie kłębiły się piękne białe chmury. Niedaleko nas dzwoniły owce. Sielanka.
Następnie czekał nas Kozí Chrbát (1330 m). Podczas średnio stromego podejścia zwróciłem uwagę na to, ze chmury po drugiej stronie nie wyglądają aż tak sielankowo. Pionowa smuga mgły sugerowała silny opad. Mimo to zachowaliśmy spokój - w końcu za nami świeciło piękne słońce.
Nagle usłyszeliśmy grzmot. Za nami łąki. Przed nami szczyt. Zaraz za szczytem las. Zaczęliśmy biec. Ulewa (na szczęście nie była to 'poważna' burza, doliczyłem się najwyżej 5 wyładowań) dopadła nas na szczycie przy wejściu do lasu. Strome zejście podczas deszczu nie było rzeczą zbyt przyjemną, ale po pół godzinie byliśmy już na siodle Hiadleskiej Przełęczy (1099 m).
Byłoby to wyjątkowo urokliwe miejsce gdyby nie jeden drobiazg - linia wysokiego napięcia. Przy północnym skraju polany resztki ławek i kontener na śmieci znaczyły miejsce przeznaczone do biwakowania. Nie byliśmy sami - stał tu już jeden namiot.
Wykorzystaliśmy chwilę przerwy w deszczu by rozstawić nasz przenośny domek i zmęczeni poszliśmy spać.
***
Dzień drugi, czyli podziwianie czas zacząć
Przełęcz Hiadelska - Vel'ka Chochula - Latiborska Hola - Utulnia pod przełęczą Ďurkovej
Wstać o szóstej oczywiście nam się nie udało. O siódmej też. Dopiero po ósmej wygrzebałem swój zezwłok z namiotu. Widok w dół doliny szybko mnie roztrzeźwił - cała dolina skryta we mgle, z wolna przelewającej się przez siodło przełęczy. Trochę szukaliśmy źródełka, zjedliśmy śniadanie i przed 10 ruszyliśmy do góry.
Podejście na Prašivą liczyło ponad pół kilometra w pionie. Las dość szybko ustąpił kosodrzewinie ta zaś rozdzieliła się na płaty. Przed szczytem po raz pierwszy odsłoniła się najwyższa część Niżnich Tatr - z Dziumbirem na czele. W oddali szeroki stożek wydawał się być Kral'ova Holą. W druga stronę zabudowania Donovaly i Fatra.
Szeroki grzbiet prowadził łagodnie w stronę Vel'kej Chochuli (1753 m). Pogoda się poprawiała, widać też było ludzi.
Szlak cały czas prowadził otwartym terenem ukazując panoramy w różnych kierunkach. Pięknie prezentowały sie Góry Choczańskie, Tatry Zachodnie były jednak nieco zamglone.
Dłuższy postój zrobiliśmy sobie na Latiborskiej Holi (1643 m). Czy to co widzieliśmy to był orzeł się pewne nigdy nie dowiemy, bo kiedy wyjęliśmy aparaty nie chciał się już ustawić skrzydłami do zdjęcia. Wyglądał jednak bardziej 'orlo' niż wszystko co obaj dotąd widzieliśmy.
Chmury wydawały z siebie czasem delikatny pomruk, dawały jednak piękne spektakle światła i cienia. Podziwiając je dotarliśmy na skalisty wierzchołek Ďurkovej. Stąd było już tylko na dół do malutkiej Utulni pod przełęczą Ďurkovej (zwanej też od niedawna Utulnia pod Chabencem). Jest to de facto małe schronisko - z gospodarzem i prostym bufetem serwującym piwo, herbatę i zupę. Gospodarz wyjaśnił nam panujące w chatce zasady i skasował po 70 Sk. Pomieszczenie sypialne to całe poddasze z rozłożonymi na podłodze materacami. Wygodnie i przytulnie.
Obiad ugotowaliśmy sobie sami z ryżu i mielonki. Po 8 godzinach marszu smakował wybornie.
***
19 sierpnia 2007, 21:00
Útulňa pod Chabencom, 1623 m n.p.m.
Dzisiaj śpimy pod dachem. Wczoraj w namiocie było ciszej, za to tu nie musimy się gimnastykować. Nawet dało radę się umyć (choć to już odrobiny gimnastyki wymagało). Pogoda piękna. Chmury dodają panoramom plastyczności, choć czasem wydadzą groźny pomruk. Wczoraj przez takie "mruczenie" przebiegliśmy wierzchołek Kozich Chrbatów, dziś na szczęście przeszło bokiem.
***
Dzień trzeci, czyli samo mięso
Utulnia pod przełęczą Ďurkovej - Chabenec - Dereše - Chopok - Ďumbier - Chata gen. M.R.Štefánika
Piękna pogoda z wczesnego ranka ustępowała powoli gęstym chmurom zawieszonym na pułapie około 1900 m n.p.m. Jedząc śniadanie obserwowaliśmy jak w dolinie prowadzona jest zrywka drzew za pomocą helikoptera. Słowacy, którzy spali obok nas na Hiadelskiej powoli wychodzili z namiotu.
Przed 9 ruszyliśmy do góry. Pierwszym zdobytym szczytem był Chabenec (1955 m). Krajobraz zmieni się diametralnie. Dominować w nim zaczęły skały. Stoki stały się bardziej strome, momentami podziwialiśmy skaliste urwiska. Przez dziury w chmurach widać było rozświetlona słońcem dolinę Liptowa. Wąska grań zaprowadziła nas na szczyt Pol'ana (1889 m), gdzie spotkaliśmy pierwszych rodaków. Pogoda zaczęła się poprawiać. Chmury ustąpiły pokazując nam Chopok ze stacją kolejki oraz całą infrastrukturę turystyczną Doliny Demianowskiej. Pojawił się też inny rodzaj turystów - tych jednodniowych, z lekkimi plecaczkami. W świecącym już słońcu osiągnęliśmy pierwszy dwutysięcznik - Dereše (2003 m). Charakter okolicy był już typowo wysokogórski. Pionowe krzesanice spadały w czeluść polodowcowych kotłów. Dysonans wprowadzał jedynie szczyt Chopoka, który osiągnęliśmy po niedługim czasie.
Pomiędzy dwoma wierzchołkami ulokowało się schronisko - Kamienna Chata. Dookoła głośny tłum ludzi, jakże odmienny od pustki dnia poprzedniego. Mimo to niedaleko wschodniego wierzchołka nie zważając na to wygrzewał się na kamieniu świstak. Widok ze szczytu - cudowny.
Po wypiciu pysznej herbaty ruszyliśmy dalej - schodząc w głębokie siodło Przełęczy Demianowskiej (1756 m). Stamtąd szybko do góry na Krupove sedlo skąd znakowana trójkątami ścieżka wyprowadziła nas na szczyt Ďumbiera (2043 m), najwyższej góry Niżnich Tatr. Było już dość późno, około 17, więc na szczycie byliśmy zupełnie sami. Słońce bawiło się w berka z chmurami przez co widoki były może mniej rozległe, ale za to ciekawsze. Wspólna fotka i na dół - już w stronę schroniska, które osiągnęliśmy po godzinie marszu.
Dostaliśmy pokój z dwojgiem Polaków, dwoma Słowakami i sympatycznym Niemcem Kristofem, który długo opowiadał o swoich wcześniejszych podróżach. Najważniejsze jednak, że mogliśmy się umyć.
***
20 sierpnia 2007, 21:36
Chata gen. M.R.Štefánika, 1740 m n.p.m.
Za oknem piekło. Coś po 20 przyszedł do pokoju ktoś z obsługi, żeby zamknąć okno, bo będzie "burka". Zaraz po tym się zaczęło. W moment ciemno, tylko co kilka sekund błysk. Grzmotów nie słychać - zagłusza je wiatr i deszcz. Światło co chwile przygasa.
Zastanawiam się co z parą Słowaków co idą za nami od dwóch dni - do schroniska nie dotarli, oby zawrócili do Kamiennej Chaty. Obsługa mój alarm wyraźnie olała.
***
Dzień czwarty, czyli wiatrołomów moc
Chata gen. M.R.Štefánika - przełęcz Čertovica - polana Ramža
Po burzy pogoda się wyraźnie popsuła. W dodatku dostaliśmy od idących w przeciwną stronę ludzi informację, że szlak między Čertovicą a Ramžą jest zawalony wiatrołomami zaś sama utulnia zniszczona. Tym drugim zbyt się nie przejęliśmy, nosząc namiot byliśmy niezależni, gorzej jednak z tym pierwszym - mielismy się nastawić na długie błądzenie.
We mgle zdobyliśmy Kraličkę (1807 m) oraz Panską Holę (1635 m). Stroma ścieżka przez rzadki las sprowadziła nas na przełęcz Čertovica.
Poczuliśmy oddech cywilizacji. Lody, coś słodkiego do picia i prawie godzina lenistwa. Pogoda się poprawiła więc nabraliśmy nieco optymizmu. W końcu ruszyliśmy do góry wkraczając w Kralovoholską cześć Niżnich Tatr.
Początkowo szlak wiódł leśną drogą stokami Čertovej Svadby (ładna nazwa - diabelskie wesele) na Sedlo za Lenivou. Stamtąd w lewo a zaraz potem w prawo. Dróżka stawała się coraz węższa i mniej wyraźna. Znaków nie było widać, ale przebieg zgadzał się z mapą. Do czasu.
- to nie może tak ostro iść w dół, zboczyliśmy - stwierdził Michał
Kompas wiele nie pomógł, uznaliśmy więc, ze kawałek się cofniemy i poszukamy ścieżki idącej wzdłuż poziomicy. Dookoła nas było coraz więcej wiatrołomów. W dodatku z dużej i niedalekiej chmury zaczęły się wydobywać niemiłe pomruki. Zatrzymaliśmy się na skraju lasu blisko grzbietu. Rekonesans poczyniony przez Michała nie wykazał śladów szlaku wg przebiegu z mapy a ścieżka biegnąca grzbietem była kompletnie zawalona. Ponieważ zaczęło padać mieliśmy chwilę czasu na przemyślenie dalszych kroków oraz delektowanie pysznymi jagodami.
W końcu ruszyliśmy na azymut, a właściwie wzdłuż poziomicy. Co chwilę musieliśmy pokonywać zwalone drzewa bądź ich resztki. Chwilę poszliśmy śladami ciągnika, jednak te urwały się w gęstwinie. Szlaku jak nie było tak nie było. Postanowiliśmy przedrzeć się w stronę grzbietu. Tam ilość wiatrołomów była odrobinę mniejsza, widać też było ślady ludzi - jednej, może dwóch osób, które niestety sżły w tę samą stronę co i my. Pogoda znów się zmieniła - chmury gdzieś zniknęły a mokry las zaczął na potęgę parować. W końcu znaleźliśmy si na czymś co przypominało jakiś wierzchołek, prawdopodobnie było to Konciste. Chwilę później zobaczyliśmy przełęcz z nowopoprowadzoną drogą.
Było to Bacušske sedlo, jednak w tamtej chwili mogliśmy się tego jedynie domyślać. Dzieliła nas od niego spora polana pełna pozostałości po wiatrołomach. Klucząc między ogromnymi pniakami doszliśmy do używanej przez drwali drogi. Tam wreszcie zobaczyliśmy to, czego szukaliśmy bez skutku od 2 godzin - znak czerwonego szlaku. Odtąd na zmianę drogą lub wykrotem minęliśmy przełęcz i grzbietem (inaczej niż an mapie!) zaczęliśmy się wspinać na druga stronę. Prawdopodobnie szlak wyznaczono na nowo stokówką od Sedla za Lenivou, ale pewności co do tego mieć nie możemy.
Teraz wiatrołomów było zdecydowanie mniej, szlak był oczyszczony. Chwilę po 17 stanęliśmy koło utulni na polanie Ramža. Informacje o zniszczeniu szałasu okazały się jednak nieporozumieniem. Mimo to zdecydowaliśmy się rozbić namiot, co zresztą zainspirowało inną parę Polaków (idących z przeciwka) do zrobienia tego samego. Na obiad zrobiliśmy makaron z parówkami. Pyszności.

***
21 sierpnia 2007, 21:05
polana Ramža, 1260 m n.p.m.
Śpimy w namiocie. Decyzja irracjonalna, umotywowana nadaniem sensu noszeniu tegoż namiotu. Ekipa idąca z nami się wykrusza - z czwórki Czechów dwójka zjechała z Čertovicy autobusem. W tej chwili gdzieś daleko jest burza. Jeśli przyjdzie tutaj będzie nieciekawie.
***
Dzień piąty, czyli idziem sobie borem lasem
Ramža - Homolka - przełęcz Priehyba - Vel'ka Vapenica - Útulňa Andrejcová
Znowu wyruszyliśmy dość późno. Pogoda zaczęła się psuć zaraz potem. Zebrało się trochę chmurek, w oddali co kilka sekund słychać było grzmoty. Nie czekaliśmy długo aż zaczęło padać.
Szlak biegł dość nudną leśna stokówką, tylko nieznacznie zmieniając wysokość, czasem też trzeba było pokonać zwalone drzewo. Za polaną Havranią zaczęło się podejście na słynącą z pięknych widoków Homol'kę (1659 m). Oczywiście w tych warunkach o widokach nie było mowy - jedyna różnica była taka, ze na szczycie było zimniej niż w lesie.
Dalej grzbietem, przez Zadnią holę oraz Oravcovą kierowaliśmy się w stronę Kolešarovej (1507 m). Mgła powoli ustępowała, pojawiły się za to nieznośne muchy. Czekało nas teraz zejście na przełęcz Priehyba, za którym był "hit dnia", czyli półkilometrowej wysokości podejście na Vel'ką Vapenicę. Schodziliśmy początkowo łagodnie, wśród nowopowstałych polan, szybko jednak nabrało stromizny. Ostatnie 100 metrów różnicy wysokości miało kategorię "na pysk".
Na przełęczy rozczarowanie - polanę zamieniono na skład drewna, wśród pni drzew stała koparka. Źródełko, które spodziewaliśmy się znaleźć prawdopodobnie zostało zniszczone przez ciężki sprzęt. Na szczęście operator koparki poratował mnie litrem wody z butelki - pomimo braku słońca zużyłem dużo więcej płynów niż zwykle.
Po uzupełnieniu energii ruszyliśmy do góry. Podejście początkowo było bardziej strome niż niedawne zejście. Było to o tyle dobre, że szybko zdobywaliśmy wysokość. Potem nieco się położyło. Zbierana cały dzień motywacja osiągnęła skutek - na szczycie stanęliśmy równo z czasem podanym na mapie (co dotąd prawie nigdy nam się w tych górach nie udawało).
Pogoda sie zaczęła poprawiać, więc raźno ruszyliśmy w dół. Szlak wił się wąską ścieżką między kosówkami, skałkami i powalonym lasem. Przed nami widać było juz potężne hale masywu Kral'ovej Holi. Około 19 dotarliśmy do celu - utulni Andrejcova.
Schron ten był większy niż Ramža. Nas ulokowano na poddaszu. Spotkaliśmy też sympatyczną grupkę Polaków idących w przeciwną stronę, od których dostaliśmy namiary na sprawdzony nocleg w Telgarcie.
***
22 sierpnia 2007, 20:55
Útulňa Andrejcová, 1410 m n.p.m.
Dzisiaj był zdecydowanie najnudniejszy dzień. Jedyne co ciekawe to zejście na przełęcz Priehyba i późniejsze wejście na Vel'ką Vapenicę. Schron na Andrejcovej sympatyczny, przynajmniej źródełko jest zaraz obok :)
***
Dzień szósty, czyli wiatrem i słońcem
Útulňa Andrejcová - Orlova - Kral'ova Hola - Telgart
Rano powitała nas piękna panorama Tatr Wysokich widoczna spod szałasu. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Szlak delikatnie piął się do góry wśród kosodrzewiny. Po kilkudziesięciu minutach stanęliśmy na Przełęczy Ždiarskiej (1473 m). Zaciekawił nas stary drogowskaz leżący w krzakach. Pokazywał on czas potrzebny na dojście stamtąd na Kral'ovą Holę identyczny z tym z nowego drogowskazu z Andrejcovej (i jak się okazało zbliżony do rzeczywistego). Ruszyliśmy do góry. Kawałek lasem, kosówka i po kolejnych trzech kwadransach wędrowaliśmy halami. Im bliżej byliśmy wierzchołka Bartkovej (1790 m) tym silniejszy był wiatr. Na grzbiecie wiało tak, że musiałem zmienić okulary na zwykłe - wiatr co chwila otwierał mi klapkę z przyciemnianych.
Pogoda była piękna - widać było całą nasza dotychczasową trasę, na południowym zachodzie łańcuszek miast Obniżenia Hronu zaś na północy - Tatry.
Pokonywaliśmy kolejne kulminacje grani - Orlovą i Stredną Holę, by w końcu stanąć pod ohydnym budynkiem przekaźnika na Kral'ovej Holi (1946 m) - najwyższym szczycie wschodniej części Niżnich Tatr i zarazem ostatnim.
Co ciekawe, pod szczytem wypatrzyliśmy pasące się stado owiec. Pomimo łatwego dostępu (asfaltowa droga na szczyt, choć zamknięta dla ruchu bywa podobno używana przez niektóre wycieczki autokarowe) spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Puściutko.
Wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej i zaczęliśmy zejście. Stroma, ale wygodna ścieżka pozwalała na początku szybko stracić wysokość. Koło źródełka napełniliśmy zbiorniki. Niestety - dalszy szlak prowadził wzdłuż linii energetycznej, w dodatku potok miast płynąc swoim korytem wybrał naszą ścieżkę. Im byliśmy niżej tym robiło się goręcej. Zaczynało mi brakować chłodzącego wiatru ze szczytu. W końcu - po szesnastej wylądowaliśmy w Telgarcie. Bez trudu odnaleźliśmy kwaterę. Z wszystkich luksusów jakie tam były najbardziej doceniliśmy oczywiście ciepłą wodę.
***
23 sierpnia, 21:00
Telgart, 881 m n.p.m.
Teraz możemy napisać - grań Niżnych Tatr zrobiona! Jesteśmy na kwaterze. Za 250 Sk mamy takie luksusy jakich nie powstydziłby się drogi hotel. Sama miejscowość ładna,wciśnięta w trójkątną kotlinę między górami. Plan na jutro - Słowacki Raj.
PS Na Kral'ovej Holi o mało głów nam nie pourywało - takiego wiatru chyba jeszcze nie zaznałem.
***
Dzień siódmy, kiedy nawet najwięksi odpoczywają
Telgart - Podlesok - Sucha Bela - Klaštorisko - Przełom Hornadu - Podlesok
Po nocnej burzy cały Telgart był bez prądu. Autobusami (z przesiadką w Hranovicach) dostaliśmy się do Kaštelu, skąd półgodzinny spacer zaprowadził nas na camping w Podlesoku. Pierwszy raz podczas tej wyprawy Słowak mówił z nami po polsku (co było zabawne, bo my zaczęliśmy do niego po "słowacku"). Zapłaciliśmy 180 Sk (za nas obu) i poszliśmy się rozbić. Teren campingu jest ogromny, my wybraliśmy miejsce w sektorze blisko bramy. Godzina była młoda, więc ruszyliśmy w góry. Wybór padł na Suchą Belę - chyba najbardziej popularną roklinę Słowackiego Raju.
Szlak początkowo szedł zwykła ścieżką, po chwili jednak pojawiły się pierwsze drewniane pomosty, do których trzeba się niestety przyzwyczaić. Niebawem też pojawił się pierwszy duży wodospad. Metalową drabinką do góry, pomostem nad wodospadem i dalej. Wody było dość mało, więc można było zachować stan suchy. Przez następną godzinę takie atrakcje były co chwilę.
Na Klaštorisku zrobiliśmy chwilę postoju i poszliśmy żółtym szlakiem w dół - w stronę Przełomu Hornadu. Znowu zejście "na pysk", tym razem po mokrym wapieniu. Na dole zwrócił nasza uwagę efektowny wiszący most, nasz szlak wiódł jednak pod nim. Ścieżka wzdłuż rzeki co chwilę wstępowała na metalowe podesty przykręcone do ściany. W górę, w dół. Kolejny most przerzucał nas na drugi brzeg. Tu trawersy po stupačkach były bardziej efektowne. W dalszej części ścieżkę przegradzało kilka wiatrołomów, dzięki czemu dorobiłem się kilku czerwonych śladów na łydkach (ku przestrodze miłośnikom krótkich spodni). O 17 byliśmy z powrotem na campingu i mogliśmy skupić się na pysznym obiedzie w okolicznej knajpce.
***
24 sierpnia 2007, 21:19
Podlesok ATC (Słowacki Raj), 560 m n.p.m.
W nocy mieliśmy powtórkę ze Stefanika. Rozpętała się przed północą i odcięła cały Telgart od prądu. Podobno po polskiej stronie było podobnie. Ciekawe, w końcu pomiędzy są Tatry.
W tej chwili na campingu trwa kilka niezależnych imprez. Ładne śpiewy mieszają się z tymi mniej ładnymi jak i tymi pijackimi. Mimo to camping kulturalny.
Słowacki Raj nie przypomina gór. To raczej wielki park z atrakcjami, niektórymi mrożącymi krew w żyłach, oraz pięknymi i urokliwymi miejscami. Wszystko dostępne w 2-3 godzinnym spacerze. Ciekawa odskocznia po wielogodzinnych turach w Niżnych Tatrach.
PS Česnakova to je to :)
***
Epilog, czyli powrót
Podlesok - Spišská Nová Ves - Poprad - Łysa Polana - Zakopane (autobusem, pociągiem, znów autobusem i w finale mikrobusem)
Przyszło nam w końcu wracać. Czekając na autobus wsłuchiwaliśmy się z rozbawieniem w informacje o koncercie wydobywające się z wioskowych szczekaczek. W Spiskiej Nowej Wsi przesiadka w pociąg - szybki (bo rychlik, czyli pospieszny), wygodny (sześć foteli w dwójce) i tani (36 Sk od łebka). W Popradzie znowu godzina czekania i zatłoczonym autobusem Slovenskej Autobusovej Dopravy na granicę w Łysej Polanie.
Tu się rozdzieliliśmy - Michał udał się na Gęsią Szyję ja zaś ze względu na zniszczone nogi udałem się mikrobusem do ogarniętego małyszomanią Zakopanego (nawiasem mówiąc dobrzem zrobił, gdyż pociąg do domu okazał się jechać 4 godziny wcześniej niż myślałem). Wyprawa dobiegła końca.
***
25 sierpnia, 19:30
między Jordanowem a Makowem Podhalańskim
Wróciłem do Ojczyzny. Nie jest mi z tym najlepiej. Powitała mnie ona zgiełkiem Zakopanego pełnego kibiców w biało-czerwonych czapeczkach i wszechobecnej tandety. Tatry, niejako ze wstydu, schowały się za chmurami. W tej chwili sunę vlakiem... pardon - pociągiem w stronę domu. Michał został jeszcze trochę i udał się na spacer w Tatry.
Spędziliśmy w górach 128 godzin, z czego 46 niosąc ponad 20 kg plecaki. Przeszliśmy ok 100 km w poziomie i 6 w pionie (do góry). Przeżyłem 2 z 3 najstraszliwszych burz w moim życiu. Spotkaliśmy masę ciekawych osób, widziałem trochę dzikich zwierząt.
I zakochałem się w Słowacji. Jeśli o mnie chodzi mógłbym tam zamieszkać na stałe.
***
FIN, czyli koniec
Spisał i sfotografował: Tomasz Gapiński
Ta relacja brała udział w I Konkursie ProGóry Team! Dziękujemy!
Takie błogie ( lub mniej błogie, gdy mamy do czynienia z 'efektami specjalnymi' takimi jak burza, 'kłody pod nogami' czy "wiatr" we włosach ) włóczenie się po górach z namiotem, przez wiele dni jest naprawdę wyjątkową przygodą. Piękne zdjęcia