g�ry
 
 
wtorek, 07 Lut 2012
 
 
Czarna owieczka
Wpisany przez Tomasz Niedermaier   
Trudno nieraz rzeczy ubrać w słowa. Jeszcze trudniej pisać o niepowodzeniu, własnej słabości i prostych błędach w konsekwencji których, podjęty plan spełza na niczym. No, prawie na niczym, gdyż bagaż wyniesionych doświadczeń jest nieoceniony.

Marzenia i plany czekały rok na realizację. Nadchodzi wreszcie ten moment .Celem są Alpy Pennińskie, a konkretnie szczyt Dent Blanche (4357 m. n. p. m.) drogą południowej grani. Załadowani po brzegi wyruszamy w szwajcarską krainę – w długą podróż ku przygodzie. Po dwudziestu pięciu godzinach w słoneczne południe meldujemy się na kampingu w spokojnej mieścince Les Hauderes (1450m. n. p. m.). Po odpoczynku decydujemy się na mały spacer po wiosce ,by spojrzeć na nasz szczyt chmurami spowity. Wspaniała, smukła piramida, wystające cztery granie prawie idealnie w cztery strony świata, skrzy się w popołudniowym słońcu. Dolina Herens ciągnie się od Sionu przez ponad czterdzieści kilometrów i śmiało można by w niej „upchać” całe nasze Tatry. Trzeba się przyzwyczaić do innego rzędu wielkości czy odległości i osłuchać niezrozumiałego języka. O ile w sąsiednich dolinach Saastal czy Mattertal, gdy byliśmy rok wcześniej, dominował język niemiecki, i jako tako można było się porozumieć po angielsku - tak tu obowiązuje tylko język francuski i basta.

Rano pakujemy cały dobytek i emocjonującą drogą: stromą i krętą dojeżdżamy do parkingu w Ferpecle ok.1800m.n.p.m. Czeka nas teraz 1700 m podejścia z ciężkimi worami w górę. Po jakimś czasie docieramy do uroczej hali Alpe Bricola(2415m) z szałasami dla wolno pasących się owiec. Tuż pod halą obserwujemy zdarzenie: sto metrów nad nami czarna owieczka trawersując stromy stok robi jeden fałszywy krok i zaczyna turlać się w stronę przepaści. Odbija się od skalnego progu, dzwoniąc swym dzwoneczkiem, i bezładnie upada na ścieżkę którą niedawno przechodziliśmy. Zły omen? Znak od Boga? Niemniej jednak widok zostaje w pamięci.

Dalej podchodzimy ponad spękanym lodowcem Ferpecle, by dojść wreszcie do moreny lodowca Manzettes spływającego z zachodnich zboczy „naszej” góry. Widok skalnej piramidy – naszego celu - jest zniewalający. Naprawdę trudny do opisania: ponad 950 metrowa ściana zachodnia, opadająca ku nam, robi niesamowite wrażenie. Cała dolina jest dostępna tylko za pomocą własnych kończyn. Pełna surowych, poszarpanych form skalnych: biel pomieszana z błękitem lodowców, seraków, czerwone skały ,szare jęzory lodowca wymieszane z gruzem skalnym. Wszystko to sprawia, iż miejsce to zapomniane przez Boga być musi. Jakże jest dalekie od popularnych dolin zaoranych wyciągami i kolejkami dla turystów Szukając zanikającej, w kłębowisku kamieni, ścieżki, piarżystymi zboczami pniemy się coraz wyżej. Coraz więcej odsłania horyzont, coraz bardziej dociera do nas w jak olbrzymim i surowym świecie dane jest nam przebywać. Dzięki ustawionym co jakiś czas kopczykom wchodzimy na lodowiec. Roztopione popołudniowym słońcem lodowe błoto miejscami odkrywa swą twardą konsystencję. Wreszcie po siedemnastu godzinach. docieramy do stóp skalnej grani w którą wcisnęło się małe schronisko - Cabane Roussier (3507m.n.p.m.) Poniżej, na twardej powierzchni równego tu lodowca, rozbijamy nasze domki. Manfred wykuwa w lodowcu prowizoryczną studzienkę, która będzie zaopatrywać nas w wodę. Pijąc ciepłą herbatę patrzymy na wspaniały zachód słońca na potężnej zachodniej ścianie Dent d'Herens. Nazajutrz zimna pobudka na lodowcu. Pakowanie: niepotrzebne rzeczy składamy pod kamieniami i w ciemnościach nocy rozpoczynamy wspinaczkę. Eksponowana skalna grań i strome twarde pole śnieżne wyprowadza nas na przełęcz Wandfluelucke (3703 m. n.p.m.), skąd już przy blaskach poranka patrzymy na piękną panoramę, miedzy innymi na bliski Matterhorn. Ogromny lodowy świat po horyzont, niezliczona masa górskich szczytów, błyszczące w słońcu lodowce. Inny, piękny świat. Dalej łatwą granią i zlodowaciałym trawersem podchodzimy pod masywną turnię Grand Gandarme. Jest piękny letni dzień. Pora powiązać się liną. Wspinamy się teraz wycenionym na III kuluarem obchodzącym żandarma i wydostajemy się nim na przełączkę. Spiętrzona, stroma grań dostarcza emocji. Idziemy dość wolno. Długo „bawimy się” by zachować zasady jakiejś przyzwoitej asekuracji. Ekspozycja momentami jest ogromna. Podziwiamy miejscowych przewodników, którzy z niebywałą wręcz zręcznością pokonują kolejne fragmenty grani. W porównaniu do nich wleczemy się jak muchy w smole. Najdłużej schodzi nam fragment omijający spiętrzenia grani. Będąc na dole widzieliśmy malutkie kropeczki - ludzi trawersujących ogromne zachodnie zbocze, którzy strącili lawinę kamienną. Ta z wielkim grzmotem potoczyła się w dół. Teraz my jesteśmy w tym kruchym miejscu, które robi wrażenie. Stajemy wreszcie przed płytowym trawersem. Przed nami jeszcze dwie turnie i wąska śnieżna grań. Nie mamy żadnych kości do asekuracji ,a tu by się przydały. Stop. Dochodzę do pewnego miejsca i po prostu mam stracha iść dalej. Każdy fałszywy ruch może spowodować....."czarna owieczka bezładnie opada ku urwiskom becząc w przerażeniu i dzwoniąc swym małym dzwoneczkiem" Siada mi psycha. Poddaje się. Daję ciała. Wymiękam. Mam cykora. Jesteśmy na wysokości ok.4200 m. n. p. m .Do szczytu brakuje "tylko" i „aż” około 150 m. Zaczynam myśleć o zapowiadanych burzach, o długim zejściu. Jest godz.13.30. gdy decydujemy się na odwrót i zaczynamy schodzić. Zakładanie zjazdów zajmuje czterem osobom sporo czasu. Około .17.00 jesteśmy przy naszych ukrytych „bambetlach”. Jedzenie, picie, pakowanie i w dół. Nikt się prawie nie odzywa. Szczyt znika w ołowianych chmurach. Może mieliśmy rację?. Schodzę w samotności bijąc się z własnymi myślami, karcąc się za brak odwagi na tych paru dziesięciu metrach. Odczuwam potworny żal za straconą szansą. Można by było zostać. Spróbować jeszcze raz jutro... Nie! Koniec! Nie wrócę tam teraz, ale kiedyś na pewno. Po ciemku ok 22.00 wyczerpani docieramy do parkingu. Jesteśmy na nogach od czwartej rano. Zeszliśmy ponad 2600 m . Nie rozbijamy namiotu. Jedni śpią w samochodzie, inni na polu. Jest sucha, ciepła noc. Zamykam oczy: płytowy trawers, przecież to jest w moim zasięgu. Te parędziesiąt metrów, cholernych płyt i wyszlibyśmy na szczyt. Czemu brakło odwagi? Dlaczego?....”czarna owieczka podnosi swój łeb, becząc w przerażeniu ,próbuje wstawać, połamane kończyny ,strzaskane wnętrzności, mały alpejski dzwoneczek jak kapliczne dzwony obwieszcza kres życia, to tylko jeden fałszywy krok"... To tylko parędziesiąt kroków po cholernych płytach….
 


Po jakimś czasie docieramy do uroczej hali Alpe Bricola(2415m)


Czeka nas teraz 1700 m podejścia z ciężkimi worami w górę


Wszystko to sprawia, iż miejsce to zapomniane przez Boga być musi


Coraz więcej odsłania horyzont, coraz bardziej dociera do nas w jak olbrzymim i surowym świecie dane jest nam przebywać


Manfred wykuwa w lodowcu prowizoryczną studzienkę, która będzie zaopatrywać nas w wodę


Poniżej, na twardej powierzchni równego tu lodowca, rozbijamy nasze domki


Ogromny lodowy świat po horyzont, niezliczona masa górskich szczytów, błyszczące w słońcu lodowce. Inny, piękny świat


Jest piękny letni dzień


Najdłużej schodzi nam fragment omijający spiętrzenia grani


Wspinamy się teraz wycenionym na III kuluarem obchodzącym żandarma


Schodzę w samotności bijąc się z własnymi myślami


Spróbować jeszcze raz jutro... Nie! Koniec! Nie wrócę tam teraz, ale kiedyś na pewno
 

Tekst: Tomasz Niedermaier
Zdjęcia: Tomasz Niedermaier

Ta relacja brała udział w I Konkursie ProGóry Team! Dziękujemy!
Komentarze (5)Add Comment
0
...
Napisane przez stoko, grudzień 16, 2009
Po prostu pięknie!
0
...
Napisane przez Karol, grudzień 16, 2009
Mała bania smilies/cheesy.gif
0
...
Napisane przez Gocha , grudzień 25, 2009
Kurcze ale pięknie , też bym się chętnie wybrała smilies/cheesy.gif Dzięki za cenne informacje smilies/smiley.gif
0
...
Napisane przez Tereska, grudzień 28, 2009
Naprawdę miło się czytało...
O tak, pokora, szczególnie w górach, powinna byc naszą przyjaciółką. Chylimy czoło przed majestatem gór. Stajemy się mali wobec ich potęgi...
Koniec końców...jednak 'dotknęliście' tej góry.
Wspaniałe zdjęcia. Nieocenione...smilies/smiley.gif
0
...
Napisane przez Karol, marzec 05, 2010
Gratuluję zajęcia 1-go miejsca! smilies/smiley.gif

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy
 
 
| góry | Teatr Cigacice | Karate Kontra |