| Babskie taterkowanie, czyli lutowy wyjazd w Tatry... |
| Wpisany przez Joanna Stokowiec |
Był styczeń 2009… zaczynała się sesja zimowa, chyba najtrudniejsza w moim dotychczasowym dorobku- maraton sześciu egzaminów w ciągu 5 dni. Jedynym sposobem na to, żeby przetrwać, było obiecanie sobie czegoś miłego w zamian… A o czym marzą tygryski najbardziej? No, rzecz jasna- GÓRKI! Góry jak zwykle dobre na wszystko i o każdej porze roku. Chwila zastanowienia, dwa telefony do niezawodnych partnerów i oto jest - plan mojej pierwszej zimowej wyprawy powyżej 1500m n.p.m.Termin: 5-6 Luty 2009 Uczestnicy: Joanna Stokowiec, Katarzyna Suchenia, Izabela Janus, Hanna Maresch Cel wyprawy: Dolina Pięciu Stawów Polskich Luty. Egzaminy zdane. Zostało już tylko w biegu spakować plecak, uciec ze Szczecina pierwszym pociągiem na południe, wpaść do domu w Kielcach po niezbędny sprzęt i złapać pociąg do Krakowa, by spotkać się z resztą mojej ekipy wyprawowej, a mianowicie Suchą, Izuśką i Hanią. Dalej droga była już prosta - kierunek Palenica Białczańska, z przesiadką w Zakopanem. Po drodze dużo zbłąkanych myśli, troski o pogodę, zagrożenie lawinowe, no i oczywiście o naszą kondycję, która po paru miesiącach w książkach nie była najlepsza. Nooo, ale do odważnych ( i rozważnych) świat należy! Droga z Palenicy do Wodogrzmotów Mickiewicza, zwana ceprostradą, przywitała nas słoneczną i ciepłą, jak na początek lutego pogodą. Z termosem herbaty i kakao, ruszyłyśmy w kierunku naszego celu, jakim miała być Dolina Pięciu Stawów Polskich. Od razu, po przejściu kilkuset metrów, przekonałyśmy się, że wędrówka z dużym obciążeniem zimą , to nie to samo, co letni trekking. Człowiek o wiele łatwiej się męczy i trudniej mu dostosować idealnie wentylację płuc do temperatury i wysiłku. W takich chwilach bardzo docenia się dorobek współczesnej techniki w postaci termoaktywnej odzieży. Na szczęście, po paru chwilach wędrówka zrobiła się miła i przyjemna. Do Piątki oczywiście wędrowałyśmy zielonym szlakiem przez bardzo malowniczą o tej porze roku Dolinę Roztoki. Wejście przez Świstówki zimą jest zamknięte- jak to tłumaczy TOPR: z powodu miłości do gór, ale również, a może przede wszystkim ze względu, iż teren uważany jest za wysoce lawiniasty. Przejście zielonego szlaku , w odcinku wiodącym przez las, pozytywnie nas zaskoczyło, gdyż nie spotkałyśmy tam żadnych dwumetrowych zasp, których tak bardzo się obawiałyśmy, tylko nieźle przetarty, prawie nieoblodzony, śniegowy trakt. Kiedy wyłoniłyśmy się ponad regiel lasu, naszym oczom ukazała się potęga zimowych Tatr. Widoki mas dziewiczego śniegu na wysokich graniach, szum potoku ukrytego przy brzegach skutych lodem zapierały dech w piersiach. Zresztą każdy, kto choć raz popadł w prawdziwy zachwyt nad pięknem gór, wie, że tej siły nie da się do końca opisać słowem. Dlatego do tej relacji z naszego skromnego wypadu dołączam kilka amatorskich zdjęć oraz link do jeszcze bardziej amatorskiego filmiku ( Opera - [YouTube - Tatry Wysokie zimą- Dolina Pięciu Stawów 5-6 lutego 2009r.]). Dalsza droga. Kilkadziesiąt metrów poniżej miejsca, gdzie latem krzyżują się zielony i czarny szlak do Doliny, zaczęła się ciekawsza zabawa. Tutaj tak naprawdę skończył się niedzielny spacerek, a zaczęła ostrożniejsza wędrówka. Szlak wyznaczony zimą przez kolorowe tyczki, ułatwiał orientację na mocno ośnieżonym, a miejscami poważnie już oblodzonym stoku. No cóż, w końcu wtedy w Tatrach panował drugi stopień z pięciostopniowej skali zagrożenia lawinowego. A czym wyżej, tym kąt nachylenia stoku rósł, co nam, jako nowicjuszkom w dziedzinie zimowych wędrówek, dodawało zdrowych dawek adrenaliny. W połowie podejścia zbawienny okazał się bardziej wysublimowany sprzęt. Tutaj kije trekkingowe zamieniłyśmy na raki i czekan. Dzięki temu dużo łatwiej było nam pokonywać stromy i zmarznięty stok, a przy tym ile frajdy miałyśmy ze spróbowania po raz pierwszy wspinania się w rakach, które do tej pory w naszych babskich rozumkach, były zarezerwowane dla ekstremalnych zawodowców. W czasie drogi całkiem niemałego strachu napędziły nam trzy małe lawiny, które zeszły do Doliny Roztoki z przeciwległych, wtedy dość nasłonecznionych stoków. Huk i widok kotłujących się mas śniegu dodał smaku rzeczywistego niebezpieczeństwa, jakie niosą ze sobą Wysokie Tatry, zwłaszcza zimą. Każdy góromaniak wie, że bez szacunku do żywiołu jakim są góry, daleko się nie zajdzie. Do schroniska dotarłyśmy bez większych problemów, szczęśliwe i, jak to zwykle bywa, głodne. Typowo dla nas - na obiad żurek i najlepsza pod słońcem pięciostawiańska szarlotka! Po krótkim odpoczynku, pogawędce ze spotkanym turystą, nie chcąc marnować pięknej pogody, wyszłyśmy na spacer po przecudnej urody Dolinie Pięciu Stawów. W białej szacie wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo, bardziej magicznie, niż wiosną, latem czy jesienią. Mierząc siły na zamiary z ciężkim bólem serca musiałyśmy odpuścić sobie prawdziwą wspinaczkę na wyżej położone partie Orlej czy Szpiglasowego. I tak byłyśmy podekscytowane tym, czego doświadczyłyśmy i szczęśliwe, że spełniłyśmy kolejne swoje małe marzenie, mimo, iż w oczach wysportowanych, doświadczonych członków PZA nasz wyczyn był pestką. Wieczorem w schronisku, zresztą moim ulubionym, jak zwykle panował typowy dla tego miejsca klimat. Nie każdy ma możliwość bycia w środku zimy na wysokości 1670m n.p.m. Teraz jedynie garstka osób siedziała przy stołach i wymieniała wrażenia z pozostałymi. My- trzy młode, mizernej postury kobietki- wyglądałyśmy tam raczej nietypowo, wśród czysto męskiego towarzystwa. Następnego dnia zeszłyśmy z gór by wrócić do szarej rzeczywistości, z nadzieją, że niebawem znów tam zawitamy i będziemy cieszyć duszę i ciało magią górskiej przyrody. Stoko Ta relacja brała udział w I Konkursie ProGóry Team! Dziękujemy!
Set as favorite
Email This
Hits: 1051 Komentarze (4)
![]() Napisane przez Kuba, grudnia 11, 2009
Heh, takich zdjec nie powinno sie ogladac, jesli musi minac kilka tygodni nim sie zrobia takie warunki... Super!
Napisz Komentarz
|

Był styczeń 2009… zaczynała się sesja zimowa, chyba najtrudniejsza w moim dotychczasowym dorobku- maraton sześciu egzaminów w ciągu 5 dni. Jedynym sposobem na to, żeby przetrwać, było obiecanie sobie czegoś miłego w zamian… A o czym marzą tygryski najbardziej? No, rzecz jasna- GÓRKI! Góry jak zwykle dobre na wszystko i o każdej porze roku. Chwila zastanowienia, dwa telefony do niezawodnych partnerów i oto jest - plan mojej pierwszej zimowej wyprawy powyżej 1500m n.p.m.




























