g�ry
 
 
wtorek, 07 Lut 2012
 
 
Castor i Pollux – Alpejskie bliźniaki
Wpisany przez Sebastian Bądel   
Dolina Aosty, piękna alpejska kraina, otoczona łańcuchami najwyższych alpejskich szczytów. Alpy Walijskie, to jedno z pasm górskich, które ogranicza dolinę od północnej strony, leży na pograniczu Włoch, Szwajcarii i Francji. Każdy, kto choć trochę interesuje się górami, słyszał o tym rejonie, choćby ze względu na jeden z najsławniejszych alpejskich czterotysięczników – Matterhorn (4478m). W Alpach Walijskich wiele pięknych szczytów zachwyca i przyciąga. Naszym tegorocznym celem stał się Castor (4228m) i Pollux (4092), a przy odrobinie szczęścia, czyli dobrej pogodzie, także trawers Liskamma (4527m). Wierzchołki Castora i Polluxa zwane bliźniakami wznoszą się w centralnej części łańcucha Alp Walijskich. Ktoś może powiedzieć: znowu o bliźniakach… Proszę zachować spokój, wyprawa nie miała nic wspólnego z polityką.

Zaczęło się całkiem zwyczajnie. W czteroosobowej grupie (Michał, Piotrek, Sebastian i Kasia) późnym popołudniem, z wielkimi ciężarami na plecach, wyruszyliśmy z Staffal (1800m), z samego końca doliny Gressoney w stronę przełęczy Bettolina (2905m) – szlak nr 1. Po 2 godzinach wędrówki, stromo pod górę, rozbiliśmy namioty. Wokół jeszcze zielono, od czasu do czasu słychać dzwonki pasących się kóz. Płynąca w potoku niewielka ilość wody, w nocy znikła zupełnie, gdyż lodowiec, w którym miała źródło, zamarzł – i tak każdego dnia. Cieszyliśmy się, że wreszcie możemy się położyć i odpocząć po długiej i niewygodnej podróży z Polski. Pokonaliśmy nieco ponad 1500 km jadąc non stop.

Kolejny dzień, to wędrówka do schroniska Quinto Sella (3585m). Mieliśmy jakieś 1300m podejścia. Najpierw na przełęcz Bettolina (skrzyżowanie szlaków nr 1 i 9). Droga nr 9 jest bardziej popularna, ponieważ prowadzi od stacji kolejki linowej – z reguły turyści w ten sposób, bez kropli potu, pokonują 1000m przewyższenia z Staffal. Przejście całej trasy, jak i noclegi w namiocie czy samodzielne przygotowywanie posiłków, zdawało się w tej okolicy anachronicznym już zjawiskiem. Pracownicy schroniska zaradzali wszystkim potrzebom „alpinistów nowej ery”. Od przełęczy, początkowo szeroka ścieżka znikała wśród głazów. Całość kończyła się granią, miejscami eksponowaną i pieczołowicie zaporęczowaną.




 


 
Wychodząc z grani stanęliśmy przed schroniskiem, u stóp lodowca Felik.



 

Nieco wyżej, pod dużym głazem rozbiliśmy namioty.



 

Prognozy zapowiadały korzystną pogodę na następne dni. Po 10 godzinach spędzonych w pozycji horyzontalnej przyszedł czas na rekonesans. Poznaliśmy trochę lodowiec i zdobyliśmy szczyt o nazwie Perazzi (3906m). Droga z lodowca wiodła skalną granią, częściowo ośnieżoną.



 

Z wierzchołka próbowaliśmy rozpoznawać otaczające nas czterotysięczniki. Dobrze było widać różne oblicza lodowca – od łagodnych i przyjaznych pól, którymi wiodły wydeptane przez alpinistów ścieżki (w końcu włóczyliśmy się tam bez liny i czekanów), po miejsca pełne głębokich szczelin, niebezpiecznych seraków, które w każdej chwili mogły z hukiem runąć w dół.



 

Castor (4228m) i Pollux (4092). Drogi, które wybraliśmy, według alpejskiej skali trudności, określone są jako „nieco trudne” (PD). Wspinaczka nie jest wymagającym sprawdzianem techniki, lecz odporność na dużą powietrzność (mała ilość materii pod nogami) wskazana. O 5.00 rano, wraz z innymi zespołami ruszyliśmy lodowcem Felik w stronę przełęczy Felikjoch (4081m).



 

Sierpniowy ranek był trochę mroźny, prawie bezwietrzny. Częste, głośne oddechy rytmicznie współbrzmiały ze zgrzytającymi w zmrożonym śniegu rakami.



 

Po 40 minutach można było zgasić czołówki, bezchmurne niebo szybko się rozjaśniało.



 

Z przełęczy weszliśmy na południowo – wschodnią grań, którą dotarliśmy na Castora.



 


 

Jest to droga pierwszych zdobywców z 1861r, W. Mathewsa i F.W. Jacomba. Na niewielkim wierzchołku zrobiło się wietrznie i zimno. Po chwili odpoczynku, krótkiej sesji zdjęciowej rozpoczęliśmy zejście w stronę Przełęczy Gemelli (Bliźniąt). Początkowo ostrą granią południowo – zachodnią, (spotkani w schronisku Polacy opowiadali, że ten odcinek grani ze względu na duże plecaki i bezpieczeństwo pokonywali okrakiem), niżej stromym zboczem przekroczyliśmy szeroką szczelinę brzeżną przechodząc po wątłym śnieżnym mostku.



 


 

Dość szybko znaleźliśmy się na przełęczy, skąd rozpoczęliśmy podejście na drugi, trochę mniej ciekawy z braci bliźniaków – Pollux. Pierwszy raz zdobyty w 1864r. przez G. Jules Jacot, P. Taugwaldera (przyszły zdobywca Matterhornu) i J. Perrena. Południowo – wschodnia grań, często omijana ze względu na kruszyznę w niecałą godzinę doprowadziła nas na szczyt wznoszący się 250m nad przełęczą. Tam w chwili wytchnienia podziwialiśmy ciągnące się po horyzont łańcuchy gór i lodowców.



 


 

Zaledwie niewielki wycinek oglądanej panoramy można by nazwać Tatrami. To pokazuje jak rozległe i potężne są Alpy. Zejście z Polluxa południowo – zachodnią granią odbywało się wśród „zakorkowanych” lin poręczowych, nerwowego czekania w kolejce, co znacznie wydłużyło powrót. Na koniec sfrustrowani zeszliśmy z właściwej drogi wynajdując w ścianie skrót. Na przełęczy Gemelli zbliżało się południe, słońce grzało coraz mocniej rozmiękczając śnieg, a przed nami jeszcze długa droga. Ponownie musieliśmy wejść na Castora, aby wrócić do namiotu. Jeśli nie masz odpowiedniej ilości euro w portfelu, plecaka max. 40L i nie przechodzisz z jednego schroniska do drugiego, to czasem konieczny jest dodatkowy wysiłek. 400-metrowy śnieżny stok pierwszego z bliźniaków wygląda imponująco.



 

Mostek na szczelinie, którą znowu musieliśmy przekroczyć, ogrzany promieniami słońca stał się niepokojąco cienki. Zmęczeni podejściem w upale, z wielką uwagą przeszliśmy szczelinę, ostrożnie pokonaliśmy grań i ponownie stanęliśmy na Castorze – teraz już tylko z górki. Zejście na Felikjoch, potem droga przez lodowiec w rozmiękłym, przyklejającym się do raków śniegu, nie należało do najprzyjemniejszych.



 

O 14.30 byliśmy w namiocie. Odpoczynek był naprawdę zasłużony.
Nasza przygoda z Alpami jeszcze się wtedy nie zakończyła.



 


 

Zbieraliśmy siły, aby zmierzyć się z Pożeraczem Ludzi – tak nazwano Liskamma (4527m), czterotysięcznik należący do trochę bardziej wymagających, ale to już inna historia. Alpejskie wyprawy dostarczają niezapomnianych wrażeń. Nie sposób ich wszystkich opisać. Wiele utrwala fotografia, lecz najważniejsze pozostaje w nas.


Autor: Sebastian Bądel - sierpień 2009
 
Ta relacja brała udział w I Konkursie ProGóry Team! Dziękujemy!
Komentarze (1)Add Comment
0
...
Napisane przez Karol, marzec 05, 2010
Gratulujemy zajęcia 3-go miejsca!

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy
 
 
| góry | Teatr Cigacice | Karate Kontra |