
11 lutego 2009 - Przyjazd
Z Gregiem spotkaliśmy się na dworcu autobusowym w Zakopanem. Ja dojechałem tam z Krakowa, po wcześniejszym dwudniowym wypadzie do Edynburga. On przyjechał pociągiem z Sulechowa. Wyszło tak, że został obarczony transportem mojego plecaka ze sprzętem i ubraniem, którego nie chciałem ze sobą targać samolotem. Greg przywiózł (co mnie bardzo ucieszyło) mój plecak - nie przywiózł niestety dobrych wiadomości. W górach śnieg pada i nie zamierza przestać. Warunki nawet mogą się pogorszyć. Już jest 3 stopień zagrożenia lawinowego. Co zrobić? Przecież nie będziemy tkwić w Zakopanem i wylewać łez. Mamy tylko kilka dni, które musimy dobrze wykorzystać. Nie zastanawiając się długo wyznaczyliśmy pierwszy cel – Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich – tam zobaczymy co dalej. Następnie szybkie przepakowanie tobołów, zakupy w najbliższym sklepie spożywczym i dalej już mknęliśmy busem ku ośnieżonym szczytom.
Wyjazd zimowy w Tatry
Termin: Luty 2009
Uczestnicy: Arkadiusz Bilon, Grzegorz Mazurek
Cel wyprawy: Zimowa eksploracja Doliny Pięciu Stawów
Na Palenicy byliśmy około godziny 13:00 i tam przekonaliśmy się, że warunki są faktycznie nieciekawe. Szczyty tonęły w chmurach i ciągle prószył śnieg. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza krótki postój, kilka zdjęć, łyk gorącej herbaty i dalej w drogę.
Do Doliny Pięciu Stawów szło się dość dobrze przetartym szlakiem, choć po bokach zalegały całe masy śniegu.
Sceneria gór łącznie z ich szczytami tonęła gdzieś w biało-szarawej poświacie bo słońce całkowicie zasłonięte przez gęste śnieżne chmury. Już trochę wyżej, przy podejściu do szlaku czarnego zarówno po lewej jak i prawej stronie doliny zaczęły nas straszyć wychylające się zza chmur skalne fragmenty szczytów i osuwiska śniegu w żlebach między nimi. Wszystko to działało na wyobraźnię na tyle mocno, że myśli o zagrożeniu lawinowym narzucały się samoistnie. Było to o tyle dobre, że szliśmy bardziej uważnie i mocniej skupieni, obserwując otoczenie i nasłuchując tego co się wokół dzieje.
Na czarnym szlaku, przy pierwszych tyczkach spotkaliśmy TOPR-owca, dzięki czemu uzupełniliśmy naszą wiedzę o aktualnych warunkach w Tatrach, które potwierdziły złe prognozy. Utrzymaliśmy dobre tempo marszu i w schronisku zameldowaliśmy się około godziny 16:40.
Tego samego dnia zdążyliśmy zrobić krótki wypad na stok Koziego Wierchu. Z jednej strony po to, żeby sprawdzić warunki na tamtym szlaku, z drugiej po to by wypróbować sprzęt. Zapinanie, odpinanie raków, poruszanie się w zimowych warunkach na ośnieżonym stoku. Wszystko już po ciemku przy świetle czołówek. Chcieliśmy być pewni przed jutrzejszą wyprawą, że wszystko jest w porządku. Do schroniska wróciliśmy po 20:00.

Wiedzieliśmy, że jeśli taka pogoda się utrzyma, to szanse na zdobycie Koziego Wierchu będą malały z każdą godziną, dlatego założyliśmy sobie, że wstaniemy wcześnie rano i jak tylko pogoda nie pogorszy się zanadto, nie będzie wielkich opadów i dużego wiatru to podejmiemy próbę wejścia. W razie nagłej zmiany aury od razu mieliśmy wycofać się nie ryzykując niepotrzebnie zagubienia w chmurach.
12 lutego 2009 - Kozi Wierch
Wstaliśmy kilkanaście minut po piątej. Spożyliśmy poranne jedzonko, spiliśmy herbatę i spakowaliśmy nasz dobytek po to by o godzinie 6:00 nastąpił wymarsz. Co prawda pogoda na zewnątrz nie nastrajała zbyt optymistycznie przez słabą widoczność, ale przynajmniej mocno nie wiało. Tylko ten śnieg. Przez noc napadało go około 30 cm. No i chmury. Im wyżej, tym były bardziej gęste. Gdyby nie grawitacja, to nie byłoby wiadomo gdzie jest góra a gdzie dół. Nawet śniegu od powietrza nie można było odróżnić, tak wszystko było przesycone chmurzastą mgłą.
Ze względu na słabą widoczność postanowiliśmy trzymać się prawej grani. Inaczej moglibyśmy pobłądzić. No i najważniejsze – nie pchaliśmy się niepotrzebnie w żleb wypełniony masami śniegu. Strach było, bo nie widzieliśmy co jest u góry. Widoczność na zaledwie kilka metrów. Czasem jak odrobinę przewiało, poprawiało się na tyle, by kilkanaście metrów dalej można było zauważyć wydobywające się ciemniejsze delikatne cienie skał. Ale to dosłownie na krótki moment bo po chwili wszystko wracało do ogarniającej nas zewsząd jednostajnej biało-szarawej poświaty.

Kilkukrotnie wydaje nam się, że już jesteśmy przy wierzchołku, jednak po dojściu do jednego cienia przed nami pojawiają się kolejne, wyżej położone.
Wiedzieliśmy, że aby dotrzeć do Koziego Wierchu, trzeba przetrawersować żleb w lewo. Przy takich warunkach i takiej widoczności nie odważyliśmy się tego zrobić. Z wielką ostrożnością wybieraliśmy dalszą drogę - błąd z pewnością kosztowałby przedzieranie się przez niebezpiecznie wielkie masy śniegu zalegającego w żlebie. Doszliśmy do wniosku, że pójdziemy cały czas w górę na tyle na ile pozwolą warunki, a trawers zrobimy trochę wyżej, lub spróbujemy przejść granią jeśli warunki się poprawią.
Niestety. Nagle poczuliśmy jak robi się mocno stromo i po kilkudziesięciu metrach wspinaczki w osuwającym się śniegu, stępując z nogi na nogę, zapadając się coraz bardziej, osiągnęliśmy grań. Jeszcze kilkunastometrowy trawers w lewo i znaleźliśmy się na wierzchołku. Nie był to jednak Kozi Wierch.

Nie byliśmy mocno zmęczeni i mieliśmy dobry czas. Było tuż po 9:00, jednak warunki nie nastrajały do walki o zdobycie szczytu. Głównie ze względu na słabą widoczność, która ujawniała nam maksymalnie kilkadziesiąt metrów ostrej grani obsypanej czapami śniegu ze stromymi w dół ciemnymi ścianami skał. Cóż, pozostanie niedosyt, ale rozsądek nakazywał tym razem odpuścić.
Drogę powrotną pokonaliśmy dość szybko idąc po własnych śladach, a w dolnych, bezpieczniejszych partiach stoku przyspieszaliśmy poruszając się techniką „dupozjazdu”.
Pozostałą część dnia ze względu na ciągle pogarszające się warunki pogodowe spędziliśmy eksplorując dolinę od strony Kostura Miedzianego. Wracając do schroniska przez zamarznięty staw trafiliśmy na jamę w śniegu. Była na tyle głęboka, że można było się w niej schować. Ponieważ można było, więc tak zrobiliśmy. Pierwszy do szczeliny przymierzył się Greg.
Kiedy przyszła moja kolej wpadłem na pomysł, żeby sprawdzić jak głęboko ona sięga. I dowiedziałem się (Eureka!) - w momencie, kiedy poczułem w bucie wilgoć i zimno. Dotarłem do wody. Dobrze, że do schroniska było niedaleko, bo już po kilku minutach marszu cały but był już oblodzony.
Tego dnia był to już koniec wędrówki. Pozostało suszenie butów.
13 lutego 2009 - Pusta dolinka
Pospaliśmy trochę dłużej, odpoczęliśmy i pozwoliliśmy podsuszyć się moim butom. Zresztą inaczej nie dało rady przez ciągle sypiący z nieba śnieg, zawieje i zamiecie. Sytuacja lawinowa pozostawała bez zmian, nadal 3 stopień.
Choć pogoda wciąż była bezwidokowa, a mgła wydawała się nawet jakby gęściejsza to koło południa wyruszyliśmy na eksplorację Pustej Dolinki. Okazało się, że nocny opad naniósł kolejną kilkudziesięciocentymetrową warstwę białego puchu. Tak dużą, że drogowskazy pokazujące szlaki ledwo wystawały znad białej pokrywy.
Po drodze naszym „łupem” padały wszystkie skały, które nieopatrznie wpadły w zasięg wzroku, a na które można było się wdrapać.
Tuż przy skręcie do Pustej Dolinki prawie doszło do zderzenia z jakimś bałwanem, stojącym przy szlaku, a który idealnie wtapiał się w otaczającą nas zewsząd biel.
Hmm.. Zdjęcie pt. „Gdzie jest Wally?”
Nieco dłużej zabawiliśmy przy wielkim skało-głazie wysokości około sześciu, może ośmiu metrów. Sam głaz oferował wspin w skale oraz w śniegu nasypanym do szczeliny prawie metrowej szerokości, która prowadziła na jego wierzchołek.
Tuż przy głazie utworzyło się w śniegu szerokie zagłębienie w kształcie pierścienia o głębokości prawie trzech metrów, na którego brzegach powstały niesamowite nawisy i inne formacje śnieżne.
Nie omieszkaliśmy oczywiście tego wszystkiego wykorzystać do dobrej zabawy.
Dopiero kiedy poczułem, że zaczyna doskwierać mi zimno (zwłaszcza w nie do końca wysuszonym bucie) zdecydowaliśmy się na powrót do schroniska.
14 lutego 2009 - Powrót
Wyruszyliśmy po śniadaniu i odśnieżeniu zasypanego wejścia do schroniska około godziny ósmej.

Baliśmy się trochę, bo wiedzieliśmy, że wyruszamy na tyle wcześnie, że szlaki nie będą jeszcze przetarte. Najbardziej obawialiśmy się sytuacji na odcinku schodzącym w dół Doliny Roztoki.
Początek był dla mnie jako prowadzącego makabryczny. Wpakowałem się w takie zaspy, że nie mogłem się z nich wykaraskać. Przez masy śniegu sięgające piersi poruszanie się przypominało raczej czołganie, lub raczej pełzanie. A może na przemian jedno i drugie. Do tego ten ciężki plecak. Kilkanaście metrów i byłem już tak wypluty, że nie chciało mi się ruszyć ani kroku dalej. Prowadzenie przejął Grześ i po chwili znalazł lepszą drogę, gdzie pokrywa śniegu nie była tak duża. Dotarliśmy do zejścia w dół czarnym szlakiem.
Trudniejszy, stromy i jak się wydawało lawiniasty odcinek pokonaliśmy poruszając się bardzo ostrożnie w kilkudziesięciometrowym odstępie od siebie.
Pokrywa śnieżna była sypka ze względu na dużą ilość świeżego śniegu i sięgała mniej więcej do pasa, tak że nie było można nogi nad nią podnieść. Każdy krok wiązał się z przepychaniem masy śniegu przed sobą. Wyglądało to w ten sposób, że po zrobieniu jednego kroku ruszała przede mną masa śniegu a ja czekałem aż ona się zatrzyma i ustabilizuje. Dopiero można było wykonać następny krok. Poruszanie się cały czas z wytężoną uwagą, nasłuchiwaniem, czy przypadkiem nie usłyszę pękania i trzeszczenia pokrywy śnieżnej było dość stresujące. Tak szczęśliwie dotarłem do granicy zarośli, gdzie z kolei torowanie w znaczny sposób utrudniała kosówka - śnieg ją pokrywający nie wytrzymywał naszego ciężaru i wpadaliśmy w jej giętkie krzewy.
Już na dole przy zielonym szlaku poczułem ulgę. Najgorsze było za nami. Przynajmniej tak się wtedy wydawało. Zadzwoniliśmy tylko do schroniska przekazać, że jesteśmy już na dole bezpieczni, bo Tomek z Łodzi, który nas dogonił powiedział, że po naszym wyjściu wprowadzony został czwarty stopień zagrożenia lawinowego. Uff.. Jakie szczęście, że udało nam się zejść kiedy jeszcze była trójka.. ;)
Zanim doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza dołączył do grupy jeszcze „Jeżu” - kolega Tomka. Dalej już w czwórkę odbyliśmy podróż samochodem do Krakowa, gdyż koledzy byli na tyle uprzejmi, że nas podwieźli na dworzec PKP, skąd pociągiem wróciliśmy do domu.
Arkadiusz Bilon - ProGóry Team
 |