 Każda wyprawa jakoś się zaczyna. Ta zaczęła się w piątek 25 września. Ponieważ był to piątek wieczór, więc na ów dzień możemy zaliczyć tylko dojazd na miejsce noclegu do Chatki Robaczka w Szklarskiej Porębie. W sobotę rano po śniadaniu korzystając z fantastycznej pogody wybraliśmy się w okolice Kruczych Skał na wspinaczkę. W okolice, ponieważ naszym celem były dokładnie skały leżące naprzeciw, czyli: Krzywe Baszty i Śpiewak.
Termin: 25-27 wrzesień 2009
Uczestnicy: Magdalena Gorączniak, Grzegorz Mazurek, Roman Heppel, Arkadiusz Bilon
Cel wyprawy: Trening wspinaczki w skałach i łapanie promieni jesiennego słońca w górach
Na początek dla dobrej rozgrzewki oczywiście wędkowanie na „Prawym i lewym kominie” o trudnościach wycenionych odpowiednio na IV i V.
Po jakimś czasie postanowiliśmy podnieść stopień trudności, więc wyruszyliśmy na „Świętą inkwizycję” wycenioną na VI.1+ oraz jej wersję z kantem o trudności VI-. Niestety okazały się dla nas niezbyt przystępne. Być może dlatego, że nie byliśmy jeszcze odpowiednio przygotowani. Ja w każdym razie na pewno - bo sam nie wiem dlaczego zachciało mi się wspinać w butach trekingowych. Cóż, jak to się mówi: „dziś za wysokie progi, więc przyjdzie nam jeszcze wrócić na te drogi”.
Podczas gdy męska część ekipy zmagała się ze skałami, żeńska - w osobie Magdy – fotografowała i dopingowała. Do czasu, kiedy nadeszła chwila podjęcia wyzwania - nauki asekuracji. Wtedy to właśnie ochoczo wskoczyła w uprząż i chwyciła za linę. Oczywiście dzięki wrodzonym predyspozycjom i błyskotliwej wręcz lotności umysłu, błyskawicznie opanowała tę umiejętność, co z pewnością docenił asekurowany przez nią Greg.
Chcąc wypróbować nowy sprzęt i równocześnie poćwiczyć wspinanie na własnej asekuracji wybraliśmy się na pobliskiego Śpiewaka, który oferował nietrudne drogi odpowiadające naszemu celowi.
Tutaj Magda asekurowana przez Grzesia, wykazując się hartem ducha i zdecydowaniem, z pasją zdobyła względy „Śpiewaka”, wspinając się na samą górę.
Po uśmiechu jaki zagościł na jej twarzy sądzę, że raczej nie żałowała swej decyzji. Co prawda miała chwilę słabości podczas zejścia w dół, ale jak to się mówi: „Chwała przełamującym własne słabości”.
Podczas, gdy dla relaksu jedna część ekipy spłynęła nad strumień, druga niezmiennie i bez przerwy, raz za razem pięła się ku górze. Romek w pewnym momencie doświadczył nawet stanu ducha, o którym popularnie mawia się „odlot”.
I nie ma się co dziwić, bo oprócz naturalnego podniesienia poziomu endorfin, którego dostarczyła wspinaczka, sam urok miejsca wprawiał w uniesienie. Wczesnojesienne słońce powolutku zaczęło chylić się ku zachodowi, więc poddając się ogarniającemu zmęczeniu i coraz głośniejszemu burczeniu naszych żołądków zebraliśmy manatki udając się na zasłużony odpoczynek.
Niedzielny dzień miał zlecieć pod hasłem Wysoki Kamień.
Wyruszyliśmy jak tylko mogliśmy najszybciej po Mszy Świętej i śniadaniu.
Jak się okazało droga, którą wybraliśmy była trudna i niebezpieczna. Przedzieraliśmy się krok za krokiem pod górę, przez dzikie chaszcze, obserwowani przez dzikie (a może tylko półdzikie) zwierzęta.
Byliśmy już trochę zmęczeni i znużeni tym ciągłym przedzieraniem się przez chaszcze, kiedy nagle wśród tej gęstwiny wyłoniły się przed nami przepiękne kształty. Nie, nie kobiece, choć równie kuszące i ponętne. Raczej można by powiedzieć nieludzkie w swej materialnej istocie, lecz unoszące ducha człowieczego wysoko ponad to co przyziemne.
Twarde i rozgrzane wrześniowym słońcem, nieregularne skaliste zbocza oferowały nam to, z czego oczywiście nie omieszkaliśmy skorzystać. Leniwy relaks w słonecznych promieniach, wspaniałe widoki na okolicę i trochę wspinaczkowej frajdy przy pokonywaniu bulderowych problemów.
Po krótkim odpoczynku, nasyciwszy się wspinaniem, ciepłem słońca oraz pięknem pejzaży roztaczających się ze zbocza, ruszyliśmy w dalszą drogę licząc po cichu na dalsze miłe niespodzianki.
Po chwili osiągnęliśmy główny cel naszej wędrówki, czyli Wysoki Kamień. Nie pozostaliśmy tam jednak długo chcąc jak najwięcej skorzystać z przepięknej pogody i zobaczyć tego dnia coś jeszcze. Nie ukrywam, że przepędziła nas stamtąd obecność ludzi. Uciekliśmy przed nimi w mniej uczęszczaną część góry, gdzie po raz kolejny tego dnia mogliśmy oddawać się temu, co tygryski lubią najbardziej, czyli
rekreacyjnej wspinaczce,
upajaniu się pięknymi widokami
oraz wygrzewaniu się w promieniach jesiennego słońca i cudownemu „leniuchowaniu”, czy raczej kontemplowaniu otaczającej rzeczywistości.
Kiedy tak leżałem na nagiej, rozgrzanej ciepłem słońca skale, zmęczony wędrówką i wspinaczką, otoczony pięknem przyrody, zostawiwszy gdzieś daleko na nizinach wszystkie problemy życia codziennego, poczułem, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.
Wtedy trochę żal się zrobiło, że zaraz trzeba będzie wracać „w doliny” i zostawić całe to piękno. Chwilę później uzmysłowiłem sobie, że wcale tak nie musi być. Przecież to co przeżyłem i zobaczyłem mam już w sercu. Teraz mogę się tym dzielić z innymi.
Arkadiusz Bilon - ProGóry Team
 |