g�ry
 
 
piątek, 10 Wrz 2010
 
 
Sprawozdanie z wyprawy…
Wpisany przez Grzegorz Mazurek   
Szczerze mówiąc to nie jest sprawozdanie, bo nie muszę się przed nikim tłumaczyć ani niczego referować! Tak samo raczej nie była to wyprawa tylko krótki wypad w pobliskie pagóry. I jeśli przebrnąłeś przez dwa wcześniejsze zdania to może i dasz radę później.

Jeśli nie sprawozdanie i nie wyprawa, no to właściwe o czym mowa?! Ano o górach, jak zawsze. Góry jak to góry są większe i mniejsze, łatwiejsze szlaki i ekstremalne i można by wyliczać dalej. Zakończmy więc wyliczanie i przejdźmy do konkretów. Pierwszy to Sulechów, rodzinna mieścina w Lubuskim, start „niby wyprawy”! Ilość uczestników: kierownik „niby wyprawy”, członkowie, zaplecze techniczne – wszystko w jednej osobie Gregor M… Cel wyjściowy w górach: Karpacz, to już mówi coś więcej. Zatem nie będzie mowy o pionowych ścianach (moim celem nie były przewyższenia Śnieżnych Kotłów ani Łabskiego Dołu), problemach aklimatyzacyjnych tylko zwyczajnie: kawałek podejścia i jak to bywa w Karkonoszach, spacer od Śnieżki do Szrenicy szerokim duktem. No może nie do końca… „Niby wyprawę” zaplanowałem na początek grudnia, stąd oczekiwałem śniegu! Trochę zdenerwowania było kiedy zawitałem w Białym Jarze – moim autokarowym celu wyjazdu do Karpacza – „śniegu jak na lekarstwo ale wyżej coś było widać”.

Początek standardowy – Śnieżka, oczywiście nie wyciągiem, co by porzucić drobnomieszczańskie lenistwo… Plecak trochę miałem za duży lekko mówiąc, całe 85 litrów ale w końcu coś musiało być wspólnego z wielkimi wyprawami. Nie wiem co tam nakładłem, jak zawsze za dużo, to było pewne! Jednak moja kondycja kolarsko górska pozwalała mi szybko pokonywać kolejne poziomice. Dochodząc do Kopy (to już ponad 1300 m.) śniegu było całkiem, całkiem. Za Kopą, powyżej moich stoptutów, szlak lekko przetarty, właściwe jedna ścieżyna i jedna wielka biel. Już nie tylko pod nogami ale i nad głową! Robił się klimacik. W sumie tak się lepiej idzie, odległości nie widać wcale, po prostu nagle coś się osiąga! Tak było z schroniskiem „Śląski dom”, który nagle pojawił się po mojej lewej. Nie to jednak było moim celem. Schematycznie poszedłem dalej, atakując północną „ścianę” Śnieżki, wówczas jeszcze z całym schroniskiem czy jak to się nazywa, sławnymi trzema talerzami! Na podejściu pod mój peak osiągnąłem prawdziwy błogostan! Praktycznie byłem sam!!! Nie to co w październiku! Wówczas z Romansem atakowaliśmy Śnieżkę tym samym szlakiem z super łańcuchami. Główną atrakcją był ruch i moja potyczka słowna z jakimś uprzejmym panem, który zwrócił mi uwagę, że źle go „wyprzedziłem”. Co by tu mówić, ruch był jak na Marszałkowskiej, dosłownie. Na Śnieżkę wchodziło się gęsiego i moje manewry przyspieszenia zdobywania miały coś z osławionych drogowych mijanek na trzeciego… Irytacja moja sięgała zenitu, na szczęście Romanos skutecznie poskramiał moje wzburzenie! Tak było w październiku… W grudniu już nie było słonka i 20 stopni, wyciąg na Kopę był nieczynny, natomiast w powietrzu odczuwało się lekki mrozik! Efekt był natychmiastowy… Niektórzy mieli nawet raki…

Na szczycie czekała na mnie nagroda. Chmurki znalazły się poniżej magicznej wysokości 1602 m i było jak w samolocie! Przewiany śnieg, słonko no i widoczki. „Nawet na ‘śmiesznej’ Śnieżce można zobaczyć coś pięknego”. Takie miej więcej nadałbym motto ówczesnej chwili… Po lekkiej regeneracji, obrałem kierunek super schronisko „Odrodzenie” i pomaszerowałem dalej! „Niby wyprawa” trwała.

Dawny szlak przyjaźni polsko czechosłowackiej - relikt stęchłej komuny - prowadził do celu. Do pewnego momentu było normalnie – spacer w Karkonoszach tylko, że był jeszcze śnieg i tyle. Gdzieś na wysokości górnej granicy Kotła Małego Stawu zaczęło się torowanie, główna atrakcja „niby wyprawy”! Ludzie w ogóle znikli, śniegu było coraz więcej i ledwo widoczne albo i nie ślady jakiś poprzedników! Szczerze byłem mega zadowolony – o to chodziło! Koło Słonecznika zapaliłem czołówkę, wypiłem herbatkę i powędrowałem dalej. Teraz wystające tyczki prowadziły do super schroniska „Odrodzenie”!

Około 18.00 zameldowałem się w „Odrodzeniu”, kolejnym hicie „niby wyprawy”! Może i nie hicie… Generalnie miałem jakieś inne wyobrażenie schroniska. Może za duże, albo za bardzo drobnomieszczańskie… Przynajmniej wyzbyłem się ich… Ciepła woda albo ogrzewane pokoje raczej nie należały do repertuaru tego miejsca. Byłem trochę przemoczony, bo moja super hydro Alpinus kurtawka o membranie 20.000/20.000 coś podmokła. Nie lało, padał tylko śnieg i to nie mocno. Może to mój pot był winny całego zamieszania. Pomijając te rozterki, poszedłem spać w miłym towarzystwie. Jakaś impreza na korytarzu, wymusiła na mnie wysłuchanie podchmielonych historii życiowych… Nawet nie chciało mi się uspokajać, prosić…

O godzinie 4.00 grzecznie wstałem, by o 5.00 ruszyć dalej. Na korytarzu było cicho…. Cel wiadomy – wschód słońca na Śląskich Skałach! Trochę nie pomyślałem, że jest grudzień
i słońce później „wstaje” ale to inny szczegół.

Za super schroniskiem ciemno i zimno, o to chodziło. No i nikogo nie spotkałem, dopiero koło Hali Szrenickiej kilka godzin później, mogłem wypowiedzieć radosne dzień dobry! Ale po kolei!

Początkowo śnieg ubity. Nic dziwnego, skoro prowadził do czeskich hoteli „wysokogórskich”… Później prawdziwa rewelacja – śnieg po kolana albo i wyżej co oznaczało prawdziwą harówę pod górę. Spieszyłem się na wschód, na który nie musiałem się spieszyć… Na Śląskich Skałach zaskoczenie. Po pierwsze zrozumiałem, że ciężko będzie wytrwać do wschodu, temperatura oscylowała około – 10 stopni. Tragedii nie było ale nogi marzły. Po wtóre, ludzi nie było to wiadomo, jednak widok prawdziwie romantyczny. Nad Śnieżką poświata nadchodzącego dnia, w kotlinie jeleniogórskiej noc i tysiące świateł! Tak zobaczyłem dzień i noc jednocześnie! Cuśśśś pięknego, jak to mówi pewien mój znajomy! Oczywiście do wschodu nie dotrwałem, mimo stepu nogi kazały iść dalej.

„Niby wyprawa” trwała!
Za Śląskimi Skałami rozpoczęła się strefa chmur i nici z widoków ale zaczęła się zabawa. Śnieg znów był dość głęboki i torowanko trwało dalej! Widoczność też drastycznie zmalała, wiatr się wzmógł. Wiadomo nie byłem w Himalajach ale nawet Karkonosze mogą pokazać swojego „pazurka”. Śnieg, szukanie szlaku, słaba widoczność to była dla mnie nowość. Mogłem liczyć tylko na siebie, skoro ani żywego ducha, telefon się wyładował. Z perspektywy czasu była to jakaś przesadzona schiza, choć skupienie wówczas było maksymalne… Mogłem poczuć się jak samotny zdobywca….. W końcu na żadne ślady się nie natknąłem!

Śnieżne Kotły osiągnąłem letnim wariantem szlaku /nie domyśliłem się, że tyczki odchodzące w lewo to wersja zimowa i jak głupi szukałem koło Wlk. Szyszaka szlaku /sic/ hehhe/. Po herbatce w drzwiach stacji przekaźnikowej /w końcu mogłem schować się przed wiatrem na moment/, „niby wyprawa” skierowała się w stronę Szrenicy! Strefa chmur się skończyła, pojawił się jako taki widok. Dziwnie się tam czułem. Zawsze się tam dziwnie czuję! Prawie jak u siebie w domu. Właściwe teren płaski i gdyby nie dalsze widoki, pomyślałbym, że to jakaś nizina…

Od Trzech Świnek nieopodal Szrenicy zacząłem schodzenie! „Niby wyprawa” dobiegała końca.

Cel został osiągnięty, no może oprócz wschodu słońca… Po październikowym trekkingu w Karkonoszach na tej samej trasie myślałem, że i w grudniu będzie to spacer. Było trochę inaczej. Zdecydowanie bardziej niby wyprawowo!!! Mało ludzi, niekiedy wcale /właściwe prawie na całej trasie/, śnieg miejscami po pas, nieprzetarty szlak, super schronisko „Odrodzenie” – wszystko to wpłynęło na niezapomniane chwile. Powiało nostalgią ale jest co wspominać. Nigdy bym nie pomyślał, że w „śmiesznych” Karkonoszach coś takiego doświadczę.

Pamiętam, że nie chciało mi się jechać – bo sam, bo nie mam kurtki i stoptutów goretexowych itd…

Powiem jedno: nie żałuję tego wcale.

Gregoriano ProGóry Team

Komentarze (1)Add Comment

Napisz Komentarz
smaller | bigger

busy
 
 
| góry | Teatr Cigacice |